zosiek blog

Życie po porodzie ;)

Morze i plaża.
Szeroka na kilkadziesiąt metrów, ciągnąca się kilometrami piaskownica.
Spełnienie marzeń chyba każdego brzdąca, który choć raz miał w ręku wiaderko i łopatkę.
Spełnienie marzeń chyba każdego rodzica, który z przerażeniem patrzył na zwartość osiedlowych piaskownic.

Weronika nie oddalała się od nas zbytnio (rundka dookoła parawanu) – siedziała bawiąc się w piachu. Nuda…

Zosia miała pomysły i je realizowała.
Poproszona o ugotowanie obiadku (w celu zajęcia czasu) pobiegła do… najbliższej budki z piwem i zapiekankami.
Tam przecież muszą mieć marchewkę do jej zupki!

Weronika w trakcie wyjazdu zaczęła w najlepsze,  hurtowo, ząbkować – wiadomo, co to znaczy dla otoczenia: płacze i wrzaski po nocach, gorączka, ogólnie nie najlepszy nastrój.

Falabanka i cyrk.
Ładna pogoda i pocztówkowa zachody.

Pogrywam z córkami we fleszową grę „Żywioły” (ładny polski mi się układa).
Dziewczyny idą jeść obiad, Weronika na odchodnym zapewnia zostawiając mnie przy komputerze:
- A jak czegoś nie będziesz wiedział, to mnie zawołaj, to ci pomogę Tato.

Pierwszy tydzień – półkolonie w szkole. Temat przewodni to Pinokio.
W programie wizyta w Pleciudze na takowym przedstawieniu.

Drugi tydzień u Dziadków G.
Mati był.
Babcia G. przygotowywała się wcześniej „kulinarnie” – żeby nie tracić czasu podczas pobytu Wnuków. Zarządziła też planowanie kolejnych dni – na piśmie. Można było sprawdzić kolejne punkty programu czekające każdego dnia na nasze pociechy.

Na drugi weekend wypadły:
- imieniny Dziadków G.
- msza z okazji rocznicy śmierci Prababci
- imieniny Dziadka Dzw.
Wszystkie osoby/miejsca odwiedziliśmy.

Ragnarök. I to już 22 lutego.
Nie robię w tym roku planów na wakacje – nie ma sensu. Podobnie jak kilka razy w czasie mego życia…

Co do bloga – mamy tu małe zaległości.

Weronce wyrastają dwie dolne jedynki – tak na stałe. Przy drugim mleczaku potrzebna była pomoc i musieliśmy odwiedzić Ciocię Magdę. Mała była „trochę mocno” przestraszona, gdy zrozumiała wreszcie,  po co siedzi na fotelu. Dzielnie zniosła ekstrakcję.

Rośnie jak nie wiem co.

Zosia też. Jak nie wiem co. Rośnie.

Potrafi też „rzucić tekstem”

O przykryciu ceratą/obrusem starego drewnianego stołu w kuchni:

- Mamo, postępujesz wbrew logice. Przykrywasz takie ładne rzeczy!

Jeszcze jeden cytat:

„Nawet miałeś Tato takie małpiomamie oczy” – to po mojej demonstracji (na spacerze) gorylej mamy idącej z gorylątkami. Dumny byłem.

Trochę nam „pyskuje”, co jest niesamowicie zabawne. Tylko o tym cisza, bo się obrazi ;)

Jesień

Brak komentarzy

Wakacje przeleciały niczym z bicza, wrzesień się kończy – czas na grzyby.
I na aktualizację. Bo uleci.
Pierwszy weekend sierpnia to finał Tall Ship Races, sobotni rejs statkiem „Kapitan Cook” z „Monią International” i niedzielna laba w tym samym zestawie u Dziadka Dzw. na działce.
Drugi tydzień to morze – kolejny raz ta sama agroturystyka, tylko więcej znajomych.
Trzeci… góry. Robaczek ponownie w sanatorium, ale Krysia Kochana bez sarkania przyjęła nas pod swe skrzydła.
Droga powrotna – Dziadkowie G.
Przedostatni weekend – morze i urodziny dziadka Dzw.
W ostatni sierpniowo-wrześniowy(już) weekend byliśmy na biwaku. W Stepnicy.
To już trzeci raz (po tallshipach i urodzinach) z Monią i Sandeep’em.
Pewnie coś mi umknęło, ale przesłucham Kasię na okoliczność dat i zdarzeń.

Ogólnie: działo się dużo, sporo byliśmy poza domem – do tego stopnia, że nasze pociechy, które zwykle chętnie z tegoż domu wybywają, narzekały, że już za wiele jesteśmy poza.

W zeszłym tygodniu dziewczynki były u Dziadków G.
Był Mati cały tydzień. Był Yo do środy. Była Kasia od środy. Była pogoda piękna. Była plaża. Były lody.

A w tym tygodniu (wczoraj znaczy) – na Głębokim – Werka w/g własnej oceny nauczyła się pływać. Wprawdzie w dmuchanym kółku, ale uznajemy, mając na uwadze jej niezwykłą ostrożność do wszelkich ekscesów w wodzie.

Dziewczyny od wtorku na wsi. Z Yo, więc muszą być przeszczęśliwe.

Od Kasi

Brak komentarzy

Werka rano w drodze do szkoły w aucie, rozmarzona i szczęśliwa:
- Ale miałam wczoraj wspaniały dzień.

Dla takich chwil warto.

Najpierw o sobocie.
Ja w piwnicy – Pan Sąsiad stawia ścianę, ja pomagam.
Kasia z Werą pojechały na zakupy. Zosia została sama w domu.
Po 20 minutach dzwoni mi komóra: „Dom VoIP”.
???????
- Cześć tato. Przyjdziesz mi pomóc, bo sama nie potrafię czegoś zrobić?
To Zosia.
Strasznie byłem zaskoczony. I dumny. Trzymamy nasze Córki „w ciemności”, z daleka od elektroniki, komputerów, telewizji itp. A tu – Córka do mnie dzwoni.
- Skąd wiedziałaś jak do mnie zadzwonić?
- Mama mi zostawiła numery do Was, żebym mogła zadzwonić jak będę potrzebowała.
No i zadzwoniła.
Zadzwoniła, bo nie mogła zszyć kilku kartek A4 złożonych na pół.
To prezent dla Werki. Na urodziny. Pamiętnik.

A teraz urodziny.
Rano wręczamy prezenty. Ja z Kasią Meridę Waleczną z sukienką do przebrania.
Zosia – pamiętnik.
Werka odkłada Meridę i zaczyna zachwycać się pamiętnikiem.
A pamiętnik jest „na wypasie”. Zosia pokazuje własnoręcznie wykonane kolorowanki, zagadki i strony z ręcznie domalowanymi linijkami – żeby było łatwiej pisać.
Werka jest zachwycona, chwali Zosię. Zosia promienieje.
Dopiero teraz przychodzi czas na Meridę :)

Tak! Wiem, że są cudne. Miło jednak, gdy inni to potwierdzają.
Babcia G. przyjechała dziś wcześniej, żeby zabrać wnuczki na spacer.
Wnuczki zakrzyknęły :
- Lody! – i zabrały Babcię G. na ryneczek.
Potem Babcia G. opowiada swemu synowi:
- Słuchaj! One na nic mnie nie naciągały. Kupiłyśmy lody, potem chciałam kupić im gofry, ale one nie chciały, bo gofry mają w domu. Na nic mnie nie namawiały. Tylko żebym na ryneczek przyszła w tygodniu, bo ładne sukienki są dla mnie.

Tak! Wiem, że są cudne. Miło jednak, gdy inni to potwierdzają… ;)

Na urodzinach było nas 17 osób (nie było Yo – gdzieś się wcześniej umówił).

Dzień dziecka. Wyszedłem na chwilę z domu. Po powrocie zastaję zrozpaczoną Werkę.
Kasia szeptem informuje mnie, że w przyczyną nieszczęścia jest prezent od Babci Dzw.
Skarpetki z… palcami. Pięcioma palcami.
A jak ktoś ma sześć? Do tego trzy sztuki zrośnięte? No rozpacz!
Weronika nie chce, żeby oddać skarpetki do przerobienia. Chce mieć pasujące prosto z fabryki. No nie dogodzisz!
Szczęśliwie „zagilgotana” i rozśmieszona zajęła się zakładaniem skarpetek jak rękawiczki. Pięciopalczaste wygrywają z tymi tradycyjnymi chwytnością :)


  • RSS