Późno w dwójnasób, bo i w trzeciej klasie i o 14:00 :)
Niby maj, a tu chłodno, pochmurno i od rana deszczowo.
Msza odprawiana była równolegle przez 6-ciu księży (ksiądz dyrektor, ksiądz katecheta, ksiądz proboszcz… nawet boliwijski biskup się trafił – Bóg wie raczy wiedzieć skąd!).
Dzięki licznym próbom i przygotowaniom ceremonia przebiegła płynnie, każdy znał swoje miejsce i chyba tylko raz uczestnicy (dorośli) pogubili się, czy mają siedzieć czy stać (mieli siedzieć).
Zosia była poważna i skupiona. Tak jak my.
Tylko Werka nie mogła zrozumieć, że to jednak nie jest taki bardziej poważny bal przebierańców – próbowała wyjść z domu w wianku (długą sukienkę ecru i białe baleriny już miała na sobie), potem starała się wcisnąć do szeregu z nami i Zosią (tak bliżej Zosi), a ostatecznie miała pretensje, że nie dostała prezentów, tylko „marne 20 złotych” (ja dałem – z intencją poprawy humoru; mam za swoje… na waciki?)
Późny obiad zaplanowaliśmy w hotelu „W…a Ogrody” – w pawilonie. Myśleliśmy o pięknej pogodzie, przeniesieniu się pod parasole, dzieciaki miały bawić się na dworze.
Ta pogoda! Wprawdzie pod wieczór pojawiło się słońce i zrobiło się miło i wiosennie zielono, to jednak było chłodno.
Dzieciaki nic sobie z aury nie robiły: zgodnie z planem bawiły się na dworze.

Podsumowując:
- Kasia: mówi w kółko, ze jest zadowolona i było dobrze, i sama już mówi, że mówi w kółko, że jest zadowolona i dobrze było – znaczy to, że JEST zadowolona.
- Zosia: Cieszy się, że jej opłatek smakował, bo miała obawy, że może nie. I bardzo jest zadowolona z przyjęcia. I wogóle.
- Weronika: to niesprawiedliwe!
- Ja: dumny i blady. I zadowolony. No i trochę to niesprawiedliwe…