Byliśmy na niedzielę u Dziadków Dzw (od soboty późny wieczór).
Mati i Yo też byli, więc nasze pociechy szczęśliwe.
Zachciało nam się plaży bez tłumów. Dopiero po „przedarciu” się nad Grochacz znaleźliśmy znośne warunki.
Woda zaskakująco ciepła.
Zosia, będąc z radości w lekkim postradaniu zmysłów, zapędziła się do wody aż do utraty gruntu pod nogami.
Woda zamknęła się nad głową. Kasia chwyciła za rękę wystarczająco wcześnie, żeby zakończyło się na strachu – jednak jeszcze nie tyle późno, że na płaczu. Chyba „niestety”, bo Zosia przestraszyła się nie dość i musieliśmy mocno powstrzymywać ją przed dalszym szaleństwem.