zosiek blog

Życie po porodzie ;)

Wpisy z okresu: 5.2010

Po późnym obiedzie siadamy w pokoju wokół stolika i wcinamy pierwsze w tym roku truskawki. Sklepowe.
Zosia mruczy (dosłownie) przy każdym kęsie z zadowolenia.
Werka w pośpiechu pochłania kolejne truskawki, przy każdej wykrzykując umyślnie „zgrubiając” głos:  Jaka wielkaaaaa.

Siedzimy z córkami. Zachwyceni.

I tylko żal, że truskawki wyrosły bez słońca…

Ostatnia sobota i niedziela to zakupy, potem Jasienica, Trzebież i… Bezrzecze.

Wczoraj w przedszkolu u Zosi imprezka z okazji połączonych okazji.
Był stół zastawiony słodyczami.
Były dziesiątki apatatów i kamer.
Były zabawne wierszyki i piosenki.
My – razem z Werką – byliśmy zachwyceni.

Jutro Kasia będzie na podobnej imprezce u Werki.
Werka przygotowała już laurkę (podczas ostatniej wizyty) – nie mogła tylko pojąć, czemu nie może jej dać natychmiast – popłakała się, gdy pani próbowała ją namówić do późniejszego wręczenia prezentu. Ostatecznie laurka została tylko dlatego, że farba była jeszcze mokra.

Ciocia Magda leczy zęby.
Najpierw Zosia, potem Werka. A potem ja.
W tym czasie Dziewczyny idą do muzem.
Spotykamy się na Starym Mieście.
- Nasz Tata, nasz Tata  – wołają szkraby.
- Byłeś dzielny tak jak my?
- Na chyba byłem, trzeba Cioci Magdy spytać.
Teraz – kontrola.
Zosia: A co dostałeś?
- Hmm…. Właściwie to nic…
No! – jak mogłem być dzielny, skoro nawet nalepki nie wyniosłem?
Oj! Ciocia Magda – popraw się :)

A ważne.
Werka bez pieluchy. I w dzień, i nocą.
Już od miesiąca.
Czasem tylko jeszcze zmoczy się w nocy.
Ale to z rzadka :)

Taka mała niezgodność potrzeb w danej chwili.
Jeśli nie budzimy dziewczyn, tylko wstają same (a najczęściej wstają same ;), to dzień rozpoczynają kłótnią.
Któraś budzi się pierwsza. Patrzy na siostrę i czuje przypływ bratniej (siostrzanej znaczy) miłości. Rusza do przytulania.
Śpiącej to się nie podoba – zaczyna się bronić przed ingerencją w sen. Jednak ta przebudzona broni swego prawa to miłości siostrzanej, i w obronie tejże właśnie – nie ustępuje. Przepychanki, podniesiony głos, wrzask.
Interweniuje Kasia.

Środek dnia.
Dziewczyny chowają się przed duchami – siedzią nakryte kocem między poduchami na narożniku.
Po kilku minutach podejmują jednak wyzwanie – wybiegają do swego pokoju, skąd wracają z wstążkami i naszyjnikami w rękach.
Wymachują nimi i wykrzykują groźby w kierunku duchów – generalnie grożą śmiercią.
Werka deklaruje:
- A ja podejdę do ducha i jego zabję!

Już niech lepiej walczą z duchami, niż kłócą się ze sobą ;)

Namawiam Werkę do wypicia kieliszka z rozrobionymi tabletkami z węgla – ciąg dalszy kilkudniowych kłopotów ze zdrowiem (gorączki, rozolnienia, uzasadnione słym samopoczuciem marudzenie).
Po wypiciu kielonka idziemy do lustra.
Na twarzy – uśmiech znanego z Batmana Jockera.
Werka otwiera usta, wystawia język, a w jej twarzy zieje… otchłań.

Kasia ogląda Martynę Wojciechowską – ta opowiada o plemieniu Himba.
Zanosi się na wesele. Chłopaki z bandy pana młodego własnoręcznie chwytają i duszą byka (pustynia – nie wylewa się krwi).
Zosia podchodzi, robi minę (taki chwilowy wytrzeszcz zakończony mrugnięciem, połączonu ze skręceniem głowy i zmarszczeniem nosa) i pyta:
- Ale dlaczego oni duszą byka?
- To jest Zosiu pustynia, nic innego nie ma do jedzenia – a ludzie będą świętowali i muszą coś jeść.
- Ale duszą?
Tłumaczymy to, co opowiadała Martyna – kropla krwi nie może się zmarnować.
Na scenę wpada Werka.
- A czemu….?
Zosia rezolutnie:
- Bo to jest Weroniczko pustynia, nie ma nic do jedzenia, a sklepy są zamknięte, bo jest święto!

Ja:
- Widzę, że macie księżniczkowy szampon z brokatem!
Werka:
- Nie! Ksieźniczkowy szampon z dziecinką! ( z dziewczynką).

Faktycznie. Brokat w środku, dziewczynka na naklejce…


  • RSS