zosiek blog

Życie po porodzie ;)

Wpisy z okresu: 6.2009

Impra u Werki

1 komentarz

Chcąc mieć jedną turą i jedną razą dziadków, chrzestnych i najbliższe ciotki…

Właśnie – impra!
Stłoczyliśmy na małym obszarze.

Werka nie ma ochoty posprzątać po sobie rozrzuconych części układanki „Misie” (takie drewniane, płaskie głowy, tułowia i „doły” w różnym przyodziewku).
- Poskładaj zabawki Weroniko! – naciska Kasia.
- Mamusiu. Niemoge. Niemoge, mamusiu – szczebiocze szkrab.
Werka stara się kolejno (ciągnąc za rękę i przekonując: mamuuusiu! tatuuusiu!) zaciągnąć nas, żebyśmy posprzątali za nią.
Wymawiamy się.
Zosia zaatakowana przez Weronikę mruczy:
- Dobrze, posprzątam za Ciebie. – I sprząta.
Sprzątnąwszy komunikuje:
- Posprzątałyśmy już układankę!
- Nie posprzątałyście, tylko Ty sprzątnęłaś – podkreślam.
- No. Bo ja jestem dzielna – mruczy cicho pod nosem Zosia.

Chyba znów jesteśmy dumni…

Zastanawiałem się w piątek: na ile sposobów i z ilu powodów można być dumnym ze swych pociech.
Czemu? Zosia była u Cioci Magdy – czyli z wizytą w celach zęboleczniczych (dzięki Magdo!).
I dała sobie wyleczyć zęba – bez krzyków, histerii, jęczenia i płaczu.
No dumni jesteśmy strasznie :)

Z kolei Werka pozwoliła na przegląd uzębienia. I co? Też dumni z niej jesteśmy.

A poza tym używają wołacza, co w wykonaniu Werki daje przeuroczy efekt, gdy swym głosikiem woła „tatuusiuu” albo „mamuuusiu”.

No dumni!!!
:)

Filharmonia

1 komentarz

Ciotka Pika gra na trąbce.
Jak zwykle wchodzimy, gdy już się dzieje – idziemy na balkon – tam są zawsze puchy .
Weronika siedzi przez pierwsze kilka utworów z rozdziawionymi ustami – jest pod wrażeniem. Potem odrobinę zaczyna się kręcić – ale tylko odrobinę i raczej wtedy, gdy nic nie gra.
Razem z Zosią mają świetną zabawę – próbują tańczyć, biją brawo.
Potem – obiad do Dziadków Dzw., a tuż przed powrotem do domu (21:00) – głosowanie na tych, co chcemy, żeby ich tu już nie było :)

Werka Werka – dziewczyno!  Skąd to u Ciebie?!

Maluch nasz potrafi na spacerze strzelić takiego focha, że idzie z głową bokiem do toru przemarszu i z zupełną, 111% utratą słuchu.
Na nic nie reaguje.
Próbujesz chwycić za rękę, bo przemarsz jest przez sąsiadujący z ruchliwą jezdnią chodnik – kładzie się na ziemi i wrzeszczy, że nie. Bierzesz na ręce – wierzga i ryczy (no bo nie płacze), że nie.

W domu jest bezpieczniej. I można powiedzieć:
- Idź do drugiego pokoju i wywrzeszcz się. Wróć jak skończysz.
Wychodzi, mija drzwi, zawraca i jeszcze pociągając nosem, ale bez wrzasku, mówi:
 - Juuuś.

Ale na spacerze – no jest teatr ;)

Werka nałogowo filtrowała płyny.
Wlewała górą – wylewała (wiadomo) dołem.
Czasem w ciagu 2 godzin kończyła się pojemność pieluchy.
„Ciągnęła” smoka do poduchy, w nocy budziła się i stawiała nas na baczność o kolejną butlę picia.
Koniec praktyk nadszedł z wyjazdem na weekend do Dziadków G.
Tam łatwo dała sobie wyjaśnić, że nie zabraliśmy smoka – zaakceptowała to i usnęła, pijąc wcześniej z kubeczka.
W domu było ciężej – nie chciała zaakceptować, że nie będzie już następnych smoków po tym, jak zniszczyła (poprzegryzała) te posiadane.
Wrzeszczała, aż nią trzęsła. Zanosiła się. Kasia dzielnie przetrzymała.
Dziś już było w lajcikowo.

Na raty – bo i na raty sprawa się wyjaśniała.

Po odwiezieniu Zosi jadę do domu – Werkę trzeba jeszcze przed weekendem zbadać – gorączkowała odrobinę.
W drodze do przychodni zdaję Kasi relację z „odstawiania” Zosi.
- Szkoda, że nie ma słodyczy – będzie musiała prosić inne dzieci.
- Skoro tak Ci szkoda, to jedziemy do sklepu – kup i zanieś coś słodkiego!
Tak się stało.
Chcieliśmy jednak, żeby była niespodzianka. Słodycze wylądowały w leżącym w szatni plecaczku – bez informowania obdarowanej.
Po powrocie z pracy Kasia zagaduje Zosię, czy ucieszyła się ze słodyczy.
Zosia jakoś tak bez entuzjazmu reaguje. Coś nie jest OK.
Przy kolacji mała stwierdza:
- Mamusiu – muszę się do Ciebie przytulić.
Przytula się i … zaczyna się wyjaśniać sprawa słodyczy.
Gdy Zosia odkryła w plecaku słodkości, stwierdziła, że ktoś je musiał tam omyłkowo wsadzić – nie zjadła ich więc, tylko… 
Teraz są różne wersje:
I. Oddała „Pani Przedszkolance” – pierwotna wersja Zosi. Do domu przywiozła tylko żelki. Oczywiście – w stanie nienaruszonym.
II. Wypakowała z plecaka i zostawiła na ławce obok kurtki, króre to rzeczy zabrała „Pani Przedszkolanka” – odebrałem je następnego dnia.

Pewne jest jedno – było to dla nas wszystkich mocne doświadczenie.
Dla Zosi, która jeszcze drugiego dnia odrobinę podłamanym głosem mówiła:
- Tato, bo ja nie wiedziałam, że te słodycze są dla mnie!
No i dla nas – nie spodziewaliśmy się takiego zachowania Córki.
Jest ogromnym łasuchem – a tu takie coś.
Byliśmy dumni.
Wciąż jesteśmy.


  • RSS