zosiek blog

Życie po porodzie ;)

Wpisy z okresu: 5.2009

Co robi? Właśni – od początku.

Wycieczka do lasu.
Dzieci mają wziąć ze sobą jakiś prowiant, jakieś picie (tylko nie w szklanych butelkach!) i jakieś słodycze.
Wiozę rano Zosię do przedszkola – kanapki zapakowane w plecaku, zachodzimy do sklepu, mała wybiera sok.
Nie kupujemy słodyczy – jesteśmy generalnie wrogami pasienia dzieciaków cukrem.

Informuję „panią” o zaopatrzeniu – nie ma problemu – słodyczy jest tyle, że i tak dla każdego starczy.

cdn.

Chcieliśmy i mamy.
Werka w łikend ujawniłą ospę.
Zosia to przy niej „pikuś” – masa krostek (nawet w czuprynie), masa płaczu, masa wypitego soku, masakra.
Wczoraj (środa) przestała już być tak potwornie marudna (tzn. jest, ale już tylko „po staremu”).

To była zwykła, spokojna niedziela.
Wiatr chłodnymi powiewami zacierał ślady wiosny.
Nieskutecznie. 
Mama z Zosią – jak to często we tej rodzinie bywa – poszły około południa na mszę.
Werka z Ojcem mogli się trochę jeszcze poociągać i spędzać przyjemnie czas, snując się po domu. Najczęściej bez celu.
Do czasu. Czasu na wyjście.
Wyjście to założenie odzieży spodniej i wierzchniej.
Jak to zrobić z „przytuloną” ręką.
- Boli Cię jeszcze ręka?
- Y-y – kręci głową poszkodowana.
- Dawaj – ściągniemy opatrunek.
Nie bolało. Do próby wciągnięcia rękawa. Jęk.
Jęk z przyzwyczajenia i wspomnienia, że boli.
Do końca dnia Werka biegała z ręką wystawioną między guzikami w sweterka. Bez opatrunku.
Rano dnia następnego już nie pamiętała, że ręka może boleć – zwichnięcie „rozeszło się po kościach”.

Coś jak cudowne wyleczenie ręki Zosi…

Dzięki za współczucie i skruchę :)

Do zajścia na szczecińskim osiedlu Pomorzany doszło w ostatni piątek, w godzinach popołudniowych.

Przebywająca pod opieką swej matki Katarzyny G. oraz siostry matki, Pauliny Dz., niespełna dwuletnia Weronika G. doznała urazu lewego łokcia.

Świadek tak opisuje zdarzenie:

- Widziałam, jak ta młodsza, ciotka znaczy, podnosi te dziecko do góry za ręce. Normalnie heloooooł chciałam krzyknąć, nie! Co ty robisz dziewczyno, co nie? No! No nie wiem, co to się mogło zadziać i ta mała zaczęła nagle płakać i no, ten… znaczy to właściwie tyle widziałam.

Matka dopiero rankiem następnego dnia zgłosiła się z poszkodowanym dzieckiem na pogotowie – tam udzielono mu niezbędnej pomocy, unieruchamiając rękę za pomocą solidnego opatrunku .

Pytanie „Gdzie w tym czasie był ojciec?” pozostaje bez odpowiedzi!

Ospa

Brak komentarzy

Zosia przyszła w zeszłym tygodniu z newsem – nie było dziewczynki w przedszkolu, bo ma ospę.
- A to teraz pewnie i Ty będziesz ją miała – przypuszczam.
- Ale ja nie chcę mieć ospy! – protestuje i zaczyna „kwękać”.
- Ale dlaczego?
- Ale ja nie chcę. Aaaa. Bo to bardzo swędzi. Nie chcę Tato! Aaaa!
- A skąd wiesz?
- (jak wyżej).

Rano Zośka wstała cała w wysypce.

Znosi dzielnie – nie drapie się.

Czekamy na Weronikę.

Nieomieszkam.

Właśnie właśnie.
Ciotka Irena stanęła na wysokości i uczyniła z wszystkich gości.
Klasa.
Dania z zaprzyjaźnionego kateringu + kelner – i wszyscy mogą się czuć na równi zrelaksowani i cieszyć się towarzystwem.


  • RSS