zosiek blog

Życie po porodzie ;)

Wpisy z okresu: 1.2009

Nie zachęcaliśmy Zosi do samodzielnego korzystania z komputera, a i Ona nie wykazywała ku temu „ciągot”.
Dopiero w zeszłym tygoniu wpadła na to, gdzie kliknąć mychą, żeby teledysk z płyty DVD „Mini-mini” został ponownie odtworzony.
Trzeba widzieć łobuzerski błysk w oku :)

W sobotę Kasia nauczyła ją korzystania z manipulatora stołokulotocznego (pisownia oryginalna) w quizie dołączonym do filmu na VCD.

Już w niedzielę rano – na pobudkę – korzystając z komputera, który służy im jako odtwarzacz do bajek, Zosia zrobiła mi test ze znajomości pór roku.
Zgadłem wszystkie odpowiedzi!!!
 ;)

Dziadkowie „mieli” swoją imprezę w środę w przedszkolu (listę obecności „podpisali” Dziadkowie Dzw. + Babcia G.).

Całą czwórką wybraliśmy się odwiedzić moją Babcię G. (i Prababcię G. naszych pociech) we wspomnianą w tytule „niedziele”.
Z Weroniką odebraliśmy Kasię i Zosię z kościoła, tankowanie – w drogę.

Najmłodsza usnęła szybko.

Starsza (niestety) nie.
Zamęczała nas o:
- hotdoga (popłakała się, gdy z powodu kolejki na stacji nie kupiłem jej owegoż)
- gumę do żucia (nie dostała, bo ta z pudełka w aucie akurat jej nie smakuje – upierała się, że jednak tak ;)
- czy daleko jeszcze  i czemu tak długo
- że zna jedyne słuszne teksty piosenek, zakazując nam ich wykonywania i prezentując wersje jedynie właściwe
- głodna jest strasznie i chce coś do zjedzenia, najlepiej w trybie natychmiastowym.

Dojechaliśmy szczęśliwie.

Weronika przebudziła się – nie rozbudziła jednak, co spowodowało jej niezwykłe przywiązanie się do mnie przez pierwsze dwa kwadranse wizyty (zjadła prawie cały mój rosół!!!).
Potem się rozkręciła.

Zosia wręczyła prezent swej Prababci.
Potem przekazała prezent dla Marcinka (jak nazywają jej rocznego kuzyna tambylcy).
Później przyjechała jeszcze moja Chrzestna z mężem, córką i rok starszą wnuczką (tak tak – od własnej córki :).
Zrobiło się gwarno i jeszcze pyszniej niż przy rosole.
A bardziej gwarno zrobiło się, gdy przyjechali Dziadkowie G.
Dzieciaki zajęły się sobą i poza drobnymi utarczkami mile spędzały czas w swoim towarzystwie.

O Prababci właściwie mało. Ale tak to już jest z moją Babcią – od kiedy pamiętam: prawie jej nie ma…

Wróciliśmy z nadbagażem w postaci Babci G. (sorki Mami :), którą odstawiliśmy do Ciotki Ireny.

Widziałem tylko zdjęcia – szkoda.
Przed Sylwestrem Zosia – zainspirowana książeczką o narodzinach w stajence – przystąpiła do odtworzenia sytuacji w warunkach domowych.
Zażyczyła sobie niebieskiej sukienki oraz białej chusty. Koszula nocna Kasi i pielucha tetrowa – Maryja jak malowana.
Czas na Józefa. Werka dostała brązowy sweter, czapkę i laskę (została nam bambusowa po poprzednim lokatorze – przy wzroście Werki wygląda jak najprawdziwsza laska pasterska).
Jeszcze stajenka – koc zarzucony na deskę do prasowania, po jednym zwierzątku z pluszowego zwierzyńca i… pora rodzić.
Maryja leży na tapczanie, odsłania brzuch, ciężko jest już jej strasznie…
- Józefie – choć do mnie!
Józef nie przychodzi.
- Józefie – choć do mnie! – nic…
- Mamo, ja rodzę a Józef nie chce do mnie przyjść!
- A po co Ci Józef?
Chwila zastanowienia..
- No… nie wiem.
Urodziła bez Józefa.
Lalka „grająca” noworodka została zawinięta w pieluchę i cała szczęśliwa rodzina schroniła się w stajence.

Ciekawostką jest to, że Werka załapała konwencję, tzn. reagowała, gdy wołało się do niej „Józef”, nie zdejmowała przebrania i paradowała z laską. No i chętnie – co u nich niezwykłe – pozowały do zdjęć.


  • RSS