zosiek blog

Życie po porodzie ;)

Wpisy z okresu: 6.2008

Finał Euro.
Obydwie córki go przesypiają ;)
Mama też..

Program artystyczny z tej okazji przygotowano.
Zosia – wraz z „maluchami” z najmłodszej grupy również czynni uczestniczyła w przedstawieniu.
Był wierszyk, była piosenka, był taniec – w parze z Leonkiem!

Już rok minął od dnia, gdy Weronika pierwszy raz łypnęła na nas swym niebieskim okiem.
Rok dużych zmian w życiu naszym – znaczy staruchów, jak i naszych pociech.
 
Dla Zosi – bardzo trudny rok.
Pojawiła się konkurencja, mama poszła do pracy, przedszkole i szybkie usamodzielnianie się.
Koniec pieluch, samodzielnie ubieranie się – generalnie zajmowanie się sobą.
No i jeszcze jedno – bycie w grupie.
Trzy miesiące musiało minąć, żeby Zosia pokazała w przedszkolu swoje Ja i rozwinęła skrzydła.
A skrzydła rozwinęła ;)

Dla Weroniki – pierwszy rok życia.
Rok, który upewnił nas, że u naszego boku wyrasta znacznego talentu „czaruś”.
Mały sprytek, który potrafi jednym uśmiechem oczarować chyba każdego.

I manipulator.
To maleństwo potrafi już – żeby uzyskać od Dziadka Dzw. oczekiwanego zachowania – dać całusa i wskazać palcem, czego chce.
A dziadek jest bezradny… :)

A! Jeszcze do tego zadziora, który potrafi machnąć siostrze przed nosem „wywalczonym” fantem.

Już rok.

Weronika „szwęda” się rano po pokoju ze śliniakiem w ręku.
Zosia przy swoim stoliku je śniadanie.
Nagle krzyk – Zosia „przechwyciła” śliniaczek Weroniki.
Po naszej interwencji śliniak wraca w ręce młodszej.
Weronika zadowolona odchodzi z odzyskanym „skarbem”.
Odchodzi trzy kroki, potem… wraca, wyciąga w stronę Zosi śliniak i… szybkim ruchem zabiera go.
Na jej twarzy maluje się szeroki uśmiech zadowolenia.
Umiem się droczyć!

Wygadana

Brak komentarzy

Jedziemy do Dziadków G.
Zosia śpi w foteliku z piętą opartą o fotel pasażera. Druga noga jakoś skrzyżowana.  (Nie wiem, jak ona to robi… :)
Budzi się z płaczem – coś jej zdrętwiało.
Jęczy. Tłumaczymy, że nie pomożemy – za chwilę samo minie.
Mija. Jednak Zosia siedzi ze zdjętymi okularami.
- Załóż okulary Zosiu. – upominam.
Cisza. Spojrzenie zacięte.
- Załóż Zosiu okulary! – podnoszę głos.
- Oj tato, przeeestań! Muszę wytrzeć oczy.
Odwróciłem głowę w stronę szyby, żeby nie było widać, że się śmieję.

A tam: truskawki, poziomki (nasze szkraby szczęścliwe), sałata, zielenina różnego rodzaju (szczęśliwi wszyscy).
No i pogoda…
Zosia w trakcie inspekcji „szklarni” mocno upominała się o pomidorki.

Barlinek jak zwykle nie zawiódł – wybraliśmy się niedzielnym popołudniem na lody.
Chyba nic nie wywołuje takiego błogiego wyrazu na twarzy Zosi, jak lody.
Dla nich potrafi nawet być przez chwilę „grzeczna”.
Albo wstać z łóżka, gdy zależy nam, żeby przerwała poobiednią drzemkę.

Weronika na własnych nogach zwiedzała gospodarstwo Dziadków.
Potem wizyta z Babcią G. u jednej z sąsiadek – kobitka musiała jej wpaść w oko, bo przytuliła się i nie chciała wyjść.
Nietypowe.

Ach.
W sobotę w przedszkolu był rodzinny „festyn” z ekologią w tle.
Była pan leśnik w mundurze, była pani  z farbkami, zmieniająca dzieci w  spajdermeny i motylki, można było postrzelać z łuku i pojeździć na kucyku.
Każde „dziecko” przyniosło jakieś drzewko do zasadzenia. Teraz przedszkole ma całą chodowlę drzewek.


  • RSS