zosiek blog

Życie po porodzie ;)

Wpisy z okresu: 6.2006

Dziewczyny jadą samodzielnie do Dziadków Dzw. – Ciotka Monika ma urodziny.

Urodziny nieszczęśliwie wypadają w najgorętszym okresie sesji egzaminacyjnej. Zamiast imprezować – jedziemy do nas i montujemy „zaliczeniowe” prezentacje.

Pierwsza prezentacja:
- głównym bohaterem jest Zosia;
- przewijają się inni członkowie (i członkinie) rodziny;
- w tle leci muzyczka (przynajmniej takie jest założenie).

Druga prezentacja – jakieś inne tematy związane ze sposobem spędzania wolnego czasu przez „gównażerię”.

Piątka!

Nadeszła paczka z dawna wyczekiwanych książeczek.
Część z nich – pewne rozczarowanie i niedosyt. Część – zachwyt (to te „reprinty” starych i znanych z dzieciństwa wierszy).

Zosia – jak Mamoń: lubi te utwory, które już zna…

Starając się odciągnąć Zosię od komputera wołam:
- Zosiu! Chodź tutaj! Raz dwa!
- Tsy! – pada szybka odpowiedź.

U Martyny

Brak komentarzy

O jedenstej ponownie podrzucamu Zosię do Babci G.
Kasia do kościoła, ja na salę (badminton).

W komplecie spotykamy się ponownie na obiedzie u Dziadków Dzw.

Potem Kasia z małą jedzie do Martyny. Wózkiem – bo to jedyna szansa na zaśnięcie. Szesnasta się zbliża, a szkrab nie zmrużył oka!
Plan się powiódł. W efekcie Zosia pospała trochę ponad godzinkę.

Ja dołączam po jakimś czasie – zakupy w „kasto”. Małe przemeblowanie w domu i trzeba dołożyć pułkę na sprzęt audio.

To nowa branża Zosi.

W związku z tym, że w „dziennym” śpi u nas (po imprezie) Ciotka Pulina, spędzamy noc w sypialni.
Około szóstej – standardowo – mała budzi się, dostaje „cyca”, ląduje ponownie w łóżeczku.
Wrzeszczy.
Kasia zabiera ją, przytula do siebie. Bez zmian.
Wrzeszczy.
Odniesiona do łóżeczka nasza pociecha znowu: wrzeszczy.
Nie wiadomo, o co chodzi, bo ma sucho, jest najedzona i napojona.
Wrzeszczy.
Może dlatego, że widzi nas?
Wrzeszczy.
Silny głos. „Z przepony”, z rozmachem i mocą zawodowca. Bez zmęczenia.
Wrzeszczy.
Półtorej godziny. Nic nie pomaga. Ze zmęczenia usnęła. Jeszcze przez sen „zanosiłą” się.

Kolejna pobódka o dziewiątej – do rany przyłóż! „Nasze” dziecko powróciło ;)

W ramach sobotnich porządków – ja ze szkrabem na spacer. Kolejna już runda wokół Głębokiego. Zosia nawet nie wyklazała zainteresowania samodzielnym chodzeniem – cała trasa w wóżku. Niecałe dwie godziny – i wsiadamy do autka, żeby z zabraną po drodze Kasią odwiedzić Babcię G.

Babcia G. jest u Joaśka.
Przyjechała na badania. Uprzednio „wyczyściła się” dokładnie przy użyciu kilku torebek otrzymanego specyfiku.

Zosia – ku rozczarowaniu Babci – nie wykazywała specjalnego nią zainteresowania. Kuzyn był ważniejszy. Zaraz potem jego zabawki. A potem – Chrzestny, który sprawiał swoim zainteresowaniem masę radości naszemu skarbowi. Kulminacją dobrej zabawy duetu było rozadawanie ministych spojrzeń przez okno wychodzące na balkon, na którym popijaliśmy kawkę.

Jest parę ciekawostek.

Nowy ruch sceniczny – obroty wokół własnej osi. Duuuużo razy.

Onomatepeja.
Zosia poznała już kilka zwierzątek i dzwięków, które im towarzyszą.
Muuuu, kwa kwa (kaczka), cha cha (tzn. chał chał), ko (to kurka), bee (baran, jagniątko w Tubisiach).

Dziś – w ramach obecnie panującego słowotwórstwa – „megaspacer po gigatrasie nad super extra hiperjeziorem”.
Trzy godziny: Zosia, wózek i tata.
Od jedenstej, tj. odwiezienia Kasi do kościoła, do 14, gdy udało nam się zamkąć pętlę wokół Głębokiego. Po drodze jeszcze Polana Rekreacyjna (z kotwicą) i karmienie kaczek w stawie obok Głębokiego.

Ku memu zachwytowi – Zosia prawie cały czas przesiedziała w wózeczku – nie „kazała się nosić” na rękach. Może dziesięć minut była poza wózkiem – pobiegała chwilę, oparła się o kilka drzew, pomiętoliła ściółkę z ziemią. Potem kazała posadzić się ponownie w wózku. Dla niej chodzenie na tym się skończyło.

Popołudnie to wizyta u Dziadków Dzw.
Szkrab zaskoczył zupełnie Babcię. Nasz Skarb spał tylko 1/2 godzinki w ciągu dnia. Około 18, gdy Babcia w czasie spaceru wokół domu oglądała z Zosią ptaszki, ta przytuliła sie i odleciała w „niebyt”. Babcia po chwili dopiero zorientowała się, że to przytulenie trwa zbyt długo…

Zosia posadzona w łóżeczku oraganizuje sobie spanie. Przytula misia (białego misia ;), rozgląda się… zciąga z poręczy łóżeczka kołdrę i przykrywa siebie i towarzysza. Na tyle, na ile potrafi.

USG boli.
Nie uwierzyłbym, gdybym nie widział.
Zosia na badaniu kontrolnym (w ramach programu, do którego została zapisana zaraz po urodzeniu) dostała ataku… Złości? Histerii? Wściekała się, gdy lekarz przyłożyła jej do brzucha nasmarowaną zimnym żelem sondę. Z bolącym sercem przytrzymywaliśmy szkraba, żeby umożliwić badanie. Pochlipywała całą drogę ze szpitala „Pomorzany” do domu Dziadków Dzw.

A wcześniej – Boże Ciało.
Kasia z Ciotką Moniką wybrały się z małą na procesję. Upał dochodził do 30 stopni. Zosia była „odrobinę” zniecierpliwiona warunkami.
Ale nie o tym, nie o tym, nie o tym.
Na kolejnej „stacji” szkrab wypatrzył pięciolatka, który siedział na murku.
„Wpadł w oko”.
Zosia przynosiła mu zerwane liście i uśmiechała się w szczęśliwym uśmiechu (ciągle 7 zębów…). Robiła wszystko, żeby wzbudzić zaufanie. Niestety – młodzieniec zbiegł, gdy zapatrzona w niego zaczęła… przytulać się.
„Gdzie ci mężczyźni, prawdziwi tacy”…

Dla tych, którzy mają wolne w piątek.

Jeden z kilku Dni. W ten weekend wypadło.

Zabraliśmy Ciotkę Kingę z latoroślą na obiad, potem na spacer (mąż w pracy).
Obydwa punkty były obezwładniające:
- przepyszny i do syta obiad, który zachęcał do pozostania w domu i przysypiania na kanapie;
- każący ukrywać się w cieniu, lejący się z nieba żar – w trakcie spaceru.

Patrzyliśmy z zazdrością, jak spokojnie i bez protestów nie-nasza mała znosi upał i ponad dwie godziny spędzone w wózku.
Nasza mała w tym czasie usypia na siedząco, jest kilka razy na rękach, odbywa przejażdżkę karuzelą (pierwszą w życiu), konsumuje masę płatków śniadaniowych, rodzynek i chrupek kukurydzianych, popijając to sokiem z kubka.

Pod wieczór – Kasia w kościele.
Po trzech kwadransach czytania bajek, oglądania historii o Misiu Tommy’m i dostarczaniu rozrywek szkrabowi przysypiam na chwilę na narożniku.
Ze snu wyrywa mnie okrzyk i trzaśnięcie tuż przy uchu książką o książkę. Sprawdzam zegarek – „nie było mnie” ok. 15 minut. Szybko omiatam wzrokiem otoczenie i… okazuje się, że Zosia nie od razu zaczęła mnie budzić „wprost”. Najpierw starała się zachęcić do reakcji, rozbierając matę z literek-puzzli. Wiadomo – nie wolno – będę reagował. Rozłożyła dwa elementy na kawałki i przyniosła je pokazać. Dopiero brak reakcji spowodował użycie pewniejszych środków.


  • RSS