zosiek blog

Życie po porodzie ;)

Wpisy z okresu: 5.2006

Dwoniłem do Kasi.

Zosia śpi sama!

Kasia przeszczęśliwa.

Maluch wprawdzie budzi się raz czy dwa razy w nocy, ale po uspokojeniu pozostaje już w łóżeczku.

No i w dzień! W dzień też.
Śpi „w jednym kawałku” z godzinkę i pół.

Po powrocie trzeba to będzie uczcić jakoś ;)

Piątek:
- ze spaniem nie było całkiem różowo, ale idziemy w dobrym kierunku
- Benek w Polsce – wolne w szkołach i części budżetówki
- dziewczyny rankiem u Dziadków Dzw.
- atak na zainteresowanego rowerkiem – to Dziadek Dzw. opowiadał, jak podczas zabawy w piaskownicy nasz łagodny aniołek, to wcielenie spokoju i miłości (w sensie „bycia miłym”), ruszył ze złością i groźną miną na chłopca, który zbyt zbliżył się do jej „trójkołowca”. Malec odpuścił.

Sobota i niedziela – wieś (dziewczyny zostały nawet do końca następnego tygodnia).
Właściwie już piątek późny wieczór, bo jechaliśmy z Zosią śpiącą w foteliku.
Powitał nas Joasiek, który w związku z „rozjazdem” rodziców również został u Babci G.

Uczymy Zosię samodzielnie spać.

Kasia stosowną książkę przeczytała od deski do deski. Ja – od deski ;)

Przenieśliśmy się ze spaniem do drugiego pokoju, małej zostawiając do dyspozycji sypialnię.
____________________________________

Pierwsza noc.
Zamknęła się dla mnie na jakichś pięciu-sześciu pobudkach. Trzeba odwiedzić szkraba, położyć go i przykryć kołdrą. Potem „idzie pani na obcasach”.

Kłopot polega na tym, że wiercipięcie „kończy” się łóżeczko – napiera głową na szczebelki, wędrujące dalej nogi unoszą pupę, potem już tylko przeniesienie ciężaru… i Zosia siedzi w kucki. Za chwilę podnosi się zaczyna „wołać” rodziców.

Jeśli podejdzie mama – odbywa się akcja „!cyca albo wrzeszczę!” – koniec spania. Albo spanie „przy cycu”, czego staramy się ją oduczyć.
Jeśli podejdzie tata – możliwy jest scenariusz kończący się wyjściem z pokoju, gdy mała jeszcze nie śpi, tylko leży z otwartymi oczami. Zasypia już sama.
____________________________________
Druga noc.

Wstawałem dwa razy.
O piątej rano Kasia objawiła swe lęki i wysłała mnie, żeby sprawdzić, czy mała oddycha – bo przecież _musiało_ się coś stać, że od dziewiątej wieczór nikogo u niej nie było, a od kilku godzin nic nie słychać!
Mała spała głową w nogach, na kołdrze. Przykryłem ją kocem.
O szóstej – słychać głośne „bach” – Zosia wstaje i uderza głową w przewijak. Kładę ją do łóżeczka, przykrywam kołdrą, puszczam stado słoni i wychodzę.
Kolejny hałas – o siódmej – kończy się już przyniesieniem do karmienia mamie – ja muszę i tak wstawać, więc nie próbujemy małej zmuszać do spania.

Może mama parę słów?

U rodziny ;)

W poniedziałek dziewczyny przez cały dzień były u Dziadków Dzw. – Babcia miała akurat dzień wolny od pracy, zaprosiła więc do siebie wnusię. Do czternastej pogoda była całkiem znośna – Kasia zabrała małą na spacer wózkiem. Po południu w planach była jazda rowerkiem – tym razem z Dziadkiem Dzw. Niestety pogoda nie dopisała.

Wtorek rano i południe to męczarnia dla dziewczyn – małej coś dolega, nie pozwala się ubrać i zabrać na spacer, dużo śpi – dopiero popołudnie przynosi ulgę.

A popołudnie to zakupy we trójkę, potem ja z Zośką jadę do Joaśka (Ciotka Paulina właśnie się nim zajmuje), Kasia porządkuje nasze gniazdko. Po siódmej – powrót do domu – Babcia Dzw. „podjechała” z niezapowiedzianą wizytą.

Szkrab podbiega do półki i wskazuje babci książki. Babcia droczy się, że nie wie, czy może je wziąć. Rozzłoszczona Zosia podbiega do niej z wysuniętą żuchwą, wyciąga palec wskazujący i rozkazującym tonem rzuca „TI!”.
Koniec dyskusji.

Zosia nadal puszcza bańki nosem. Tyle dobrze, że nie broni się już przed wycieraniem nosa. No! Powiedzmy: nie tak intensywnie.

W bagażniku rowerek Joaśka, Zosi, masa „darów” i bagaży. W radio „Grupa Mozarta” koncertuje w „Trójce”, Zosia śpi, Joachim podziwia widoki, Kasia stara się nie spać. Wracamy wieczorem do domu.

Weekend na wsi – dzięki temu, że zabieraliśmy mego siostrzeńca, udało nam się dojechać przed trzynastą w sobotę.

Dziadek w domu – -Babcia przygotowuje słoiki z jedzeniem na następne dzisięć dni. Gołąbki, fasolka po bretońsku, żurek – same pyszności do zabrania na niemiecką zięmię.

Kurczak z grilla.

Paulina „od sąsiadów” przyniosła dla Zosi do zabawy lalki, które śmieją się, płaczą, „piją” z butelki mleko. Ciekawe, choć berbeć chyba nie pojmuje jeszcze, na czym polega atrakcyjność zajmowania się innymi – to ONA jest atrakcją, to ją się karmi, rozśmiesza i utula w płaczu.
Dużo czasu i uwagi poświęcała Paulina naszemu szkrabowi, pozwalając nam przez chwilę nie skupiać się na pociesze. No i sporo spacerowała, pchając przed sobą rowerek z wyprostowaną dumną małą.

Joachim sprawdza możliwości swojego rowerka. Skacze z ustawionej z kolegą skoczni (dwoje drzwi od szafek jako rozbieg, dwie opony do podparcia – skocznia). Do czasu. Po niefortunnym skoku ląduje nosem w darni. Dosłownie. Z umazaną ziemią twarzą wrócił do domu, żeby się uspokoić.

Katar i katar – u Zosi. Broni się zaciekle przed wycieraniem wydzieliny cieknącej z nosa, tworzącej przy kichaniu balony prześlicznej urody, rozmazywanej piąstkami po twarzy i ubraniach, brudzącej nam ciuchy przy przytulaniu. Jak piszę – obrzydliwstwo! Ale jak się widzi to nasze kochanie takie zasmarkane – to jak z tymi „kupkami”, o których rozprawiają mamuśki. Prześliczne. (Brrrrrrrr…)

W czwartek wieczorem, łamiąc głowę i strzępiąc ze złości język, składałem z kawałków rowerek – w/g nic nie mówiącej instrukcji dla omnibusów i wiedzących „jak rzeczy działają”. Koszmar trwał godzinę, po której przybyły po licznych perturbacjach urodzinowy prezent Zosi stanął lśniący i gotowy, czekając na właścicielkę.

Rowerek wręczyliśmy rano – mała podbiegła do niego z rozszerzonymi z emocji oczami, ściągając „do tyłu i góry” ramiona (jakby skracając przy okazji szyję). I co – i bez zwlekania zaczęła na niego wsiadać. Pomogliśmy usadowić się i wykonaliśmy rundkę po pokojach. Zosia wypadła na pierwszym mocniejszym zakręcie. Podniosła się szybko i kazała posadzić ponownie na siodełko. Teraz opuściliśmy pałąk obejmujący pasażera…
Parę słów o rowerku:
- ma wmontowaną elektronikę, która po nasiśnięciu przycików ryczy jak krowa, szczeka, wygrywa melodyjki i miga światełkami – szkrab z tego często korzysta;
- jest to trzykołowiec;
- z tyłu ma zamontowaną rączkę, która pozwala na prowadzenie (napędzanie) rowerka oraz… to najlepsze: kierowanie, a więc skręcanie kierownicą.

Rowerek jeszcze w piątek około południa zabrali Dziadkowie G. na wieś – tam planujemy się wybrać na weekend.

Wieczorkiem, po zawiezieniu mamy na jakąś wizytę, zajechałem z małą do Żuczków – po uprzednium zapewnieniu, że Zosia zostanie skrępowana i przywiązana do fotela, żeby nie wyrządzała szkód w mieszkaniu.
Karolina senna – raczej niewiele się udzielała w czasie niespełna trzygodzinnej wizyty.
Zosia też jakby odpuściła odrobinę gospodarzom, bardzo długo się rozkręcała, psikusy czyniąc jakby tylko dla „nie wyjścia z wprawy” (tłuczenie łyżeczką w lusterko, rajdy w kierunku ziemi w doniczkach, slalomy obok głośników kina domowego… uff – chyba naprawdę nic nie narozrabiała ;) !!! ).

Zosia z mamą u Zosi P.(pobliskiej ;).

Dotąd szkraby zabierały sobie wzajemnie zabawki i nie powodowało to specjalnych reakcji – ani u zabierającej, ani u „zabieranej”. Dziś Kasia zauważyła, że z zabranym fantem nasza mała uciekła w kącik – a mała nie_nasza nie była zadowolona z faktu.

W domu.
Zosia sięgnęła po stojący na blacie w kuchni kufel (kielich?) od „grolsza”, z resztką soku porzeczkowego. Sok ją oblał, kielich rozsypał się z hukiem. Mała – przestraszona – zastygła, czekając na to, co będzie się działo dalej. A dalej była zmiana wierzchniego okrycia. I odrobinę klejąca się podłoga.

Móóój kuuufeeel… Gdzie ja teraz dokupię sztukę do kompletu!

Żuczki odwiedziły nas w komplecie sztuk trzech. Żuczę przes[(p)or(r)]ało większość wizyty. Ciotka Kinga wie, o co mi chodzi ;)

Ranek faktycznie chłodny, ale w ciągu dnia rozpogodziło się.

Imieniny Zosi.
Złożyłem życzenia – zostały przyjęte z radością ;)

Po pracy zabrałem dziewczyny z okolic fontann pod Urzędem Miejskim.
Chwilę pochodziłem z małą wokół wody. Szkrab wykazał się sporą dozą zdrowego rozsądku – po wdrapaniu się na murek okalający fontannę i doczołganiu się do krawędzi… zaskoczenie: mała nie próbowała wpaść do wody – wychyliła głowę i wyciągnęła ręce, pewnie spoczywając ciałem na „marmurze”. I koniec na tym. (Oczywiście byłem nie dalej niż pięć cm od niej).

Kino

Brak komentarzy

Weekend można zaliczyć do udanych. Bardzo.

Sobota to podziwianie w amfiteatrze występów grupy przedszkolnej Joachima. W samo południe. Zosia – przejęta widokiem zmieniających się na scenie grup, kolorów, układów tanecznych, głośnej muzyki – nie zapadła w przedpołudniową drzemkę. Oglądała od początku, do narzuconego przez nas końca imprezy – czyli czasu, kiedy oddaliliśmy się w kierunku domu Ciotki Ireny.

Wieczorem odwiedzamy Dziadków Dzw. Pozostawiamy śpiącą córkę – a sami: do kina! Potem gdzieś na kawę i winko (to drugie dla nieprowadzącej ;).

To chwilowe „oderwanie się” od córki w dużej mierze przebiegło na myśleniu, czy wszystko u Niej w porządku, kontrolny telefon po wyjściu z kina – cały czas była jednak z nami… A ona sama – po powrocie ujrzeliśmy ją śpiącą w najlepsze nieprzerwanym snem, u boku szczęścliwego Dziadka Dzw.

Zapomniałbym! Dziadkowie kupili małej wiaderko z osprzętem – konewka, grabki itp. Żeby miała własny komplet na miejscu – bez konieczności wożenia.

Niedziela – laba. Jak u dziadków.
Na nogach już w okolicach ósmej – Zosia nie miała ochoty spać, więc i nas postawiła na nogi.

Od Dziadków Dzw. wracamy dopiero po dziewiętnastej. Niedługo potem przybywa Joasiek – dziś jego rodziciele mają wychodne do kina.


  • RSS