zosiek blog

Życie po porodzie ;)

Wpisy z okresu: 4.2006

No i podsumowanie tygodnia.

Sport narodowy – czyli przedłużanie czasu wolnego od pracy. Weekend, poniedziałek i środa to 1-szy i 3-ci maja – nie muszę rozwijać… Tygodniki zamieściły z tej okazji mapy naszego pięknego kraju z naniesionymi na nie radarami policyjnymi.

Nieparzysta dolna szczęka
Karolina i troskliwa Zosia

Wszystkiego naj naj dla Babci Dzw. Pociechy z wnuków ;)

Już rano zawiozłem dziewczyny na miejsce – aby odpowiednio uczcić urodziny Babci Dzw.

Kiedy dołączyłem po południu, Zosia była właśnie w trakcie realizacji zeszłorocznych marzeń Dziadka. Mianowicie: ganiała wokół piaskownicy, zafascynowana próbowała „zgnieść” przelatujący jej przez palce piach, śmiała się do innych maluchów, spacerowała z Dziadkiem – generalnie była zachwycona otoczeniem.
A otoczenie bardzo przyjemne – wiosna rozgościła się na dobre, słońce, temperatura pozwala szkrabowi biegać w lekkiej czapeczce z odsłoniętymi uszkami (w różowym sweterku i „dzinach”).
A dziadek – kroczył dumny i dostojny z wnuczką, zagadywał młode mamy. Dziadek, dziadek….!

Na 18:00 zabieramy małą na mszę w intencji jubilatki. Większość czasu śmigam z Zosią poza kościołem – we wnętrzu, gdy tylko daliśmy jej trochę luzu, próbowała dostać się na miejsce, z którego facet gadał do mikrofonu. Szczęśliwie „parcie na szkło” spowolniły schody. Mama przechwyciła i zawróciła.

Popołudnie i wieczór.

Żuczki ze swym Szczęściem zjawiają się z wizytą.
Wykonujemy z Zosią przed Rafim popisową serię – od tego, jak woła się na kota, poprzez „jak latają ptaszki”, podawanie książeczek w/g tytułów, po „kląskanie”.

Przychodzi pora na Rafiego.
Ten układa usta „w ciup” – Zosia śmieje się zachwycona.
Gdy tylko przestaje się śmiać próbuje naśladować minę. Nie chce być gorsza. Stara się przez chwilę, po czym wybiega do sypialni. Idę za nią – lepiej mieć szkraba na oku. A tam…
Zosia stoi przed lustrem i ćwiczy nową minę. Później z radością prezentuje nową umiejętność. Właściwie: nie z radością, bo mina nie udaje się, gdy usta rozciągają się w uśmiechu.

To my. Rodzice. Już w domu.

Zosia po pięciu dniach przywitała mnie w sposób, którego nikt się nie spodziewał.
Wyciągnęła ręce w górę i… nie pozwoliła się oddalić czy zwolnić rąk przez następne pół godziny. Przytulała się, patrzyła w oczy i uśmiechała uradowana. A ja – topniałem.

Śmiga po podwórku.
Uwielbia być na dworze – będąc w domu co jakiś czas wskazuje rączką na drzwi i przypomina o świecie na zewnątrz.

Mama donosi, że ciągle się wywraca. Dziś była z tego powodu bardzo nieszczęśliwa – upadła i rozcięła wargę. Nie zraża się.

Kolejną fascynacją – obok kota – jest pies Dziadków G. Zosia stara się powidzieć „pie”. Podchodzi do stwora z zaciekawieniem, bez strachu.

Nie wspomniałem w sobotę – ale należy o tym napisać dziś, bo Kasia opowiada przez telefon.

Zosia woła na kota „kici kici”. Pierwsza „przymiarka” była podczas sobotniego spaceru. Nieśmiało.
Dziś na podwórku u dziadków Zosia już pewniej stara się przywołać kota. Kici kici.

I druga sprawa.
Nasz drobiazg nauczył się chodzić, potem – biegać. Teraz wykorzystuje te umiejętności przeciw nam. Zaczęło się to pod koniec zeszłego tygodnia. Kiedy chwyci jakiś przedmiot, który nie powinien był znaleźć się w jej rękach (pilot, nieumyte jabłko – cokolwiek), na zawołanie „oddaj to” zaczyna… uciekać.
Truchcikiem, roześmiana – z zaskoczenia trochę nas zamurowało.

W niedzielę wieczorem zajechaliśmy z Dziadkami Dzw. na wieś.
Poniedziałek – zabawa z Joachimem i/lub jego zabawkami, bieganie po domu (od rana do nocy, jak nakręcona, bez zmęczenia), spacery z dziadkami z obydwu stron, goście (Robert i „Babcia Cioteczna” Hela) – Zosia nie mogła cierpieć z powodu braku zajęć.
Dziewczyny zostały u Dziadków G. – ja z Dziadkami Dzw. wróciłem do Szczecina.

Noc nie należała do udanych – po intensywnym dniu maluch budził się co pół godziny, a spanie możliwe było tylko „przy cycu”.

Zosia właśnie teraz ma „fazę” – biega jak nakręcona, zciąga i rozrzuca rozmaite przedmioty znajdujące się w jej zasięgu. Gdy krzyknąłęm (naprawdę głośno i „groźnie”) – zatrzymała się, popatrzyła mi w oczy i… roześmiała. Pobiegła dalej.
Oj córa!

Skok na mleczarnię w wykonaniu malucha wyglądał następująco:
- Kasia siedziała na narożniku ze szkrabem leżącym u niej na kolanach i „ciągnącym cyca”. Zosia stanęła na siedzisku i z uśmiechem rzuciła się z otwartymi, uzbrojonymi w siekacze ustami na pierś. Właścicielka mleczarni bliska zawału, już dzwoniła po policję. Na szczęście sytuacja rozwinęła się dalej pokojowo i interwencja nie była potrzebna.

Wcześniej byłem z małą na spacerze po okolicy. Słońce przygrzewa, powiewa wiatr, wiosna się (nieśmiało ciągle) pokazuje. Szkrab rozglądał się, gadał, pokrzykiwał. Świetna rozrywka. Interesujące są kaczki w basenach p-poż., koty wylegujące się w słońcu, przechodnie.

Po powrocie ze spaceru Zosia zabrała się za samodzielne pałaszowanie jogurtu – z pomocą łyżeczki. I mamy. To ważne! Zosia rozpoczęła w ten sposób używanie narzędzi!

Chciałoby się zanucić „trójkowego” karpia, choć to nie ta pora.

A w domu porządki i zakupy.

We wtorek Kasia z małą były u Dziadków Dzw.
Babcia Dzw. znów zrobiła sobie dzień wolny, żeby pobyć z wnuczką. Jak to sama określa: Zosia to dla niej najlepsze lekarstwo.

Ale do sedna: śmiechu i chichotania.
Wieczorny powrót do domu, okolice 19:45. Zosia zmęczona zaczyna się buntować: napinać i pokrzykiwać na tylnym fotelu. Żeby ją czymś zająć zaczynam opowiadać z pamięci historyjkę o Tubisiach i jagniątku. Zosia milknie i słucha. Do czasu, kiedy nie mogę przypomnieć sobie powitalnego zawołania stworków i wykrzykuję „Cheloł Dipsy! – Cheloł Tinky-Winky!”. Zosia ma taką uciechę, że ze śmiechu brakuje jej powietrza i dostaje czkawki. Kolejne wybuchy śmiechu towarzyszą pojawianiu się w historyjce kolejnych Tubisiów.

Nigdy nie wiadomo, co szkraba rozśmieszy…

A środa – wizyta z mamą w przychodni, na szczepieniu. Zosia płakała już przed zastrzykiem. Mama – opisz – przepiszę do wątku.


  • RSS