zosiek blog

Życie po porodzie ;)

Wpisy z okresu: 3.2006

W związku z wysypką, która obsypała naszego maluszka byliśmy z małą rano w pobliskiej przychodni.
Po wysłuchaniu opowieści o weekendowych gorączkach pani orzekła: „trzydniówka”.
Kasia była w gabinecie, ja pod drzwiami słuchałem zawodzenia Zosi. Przyczyna nieznana. Nie było ani zastrzyków, ani nic, co mogłoby jej dokuczać.
Potem była jeszcze kontrola i szczepionki. Przed kolejną uratowała małą właśnie przebywana choroba.

W okolicach okołoobiadowych przyjechały do nas obydwie Ciotki Dzw.

Około 15:15.
Lekarz powiedział:
- Proszę poprowadzić dziecko za jedną rączkę po macie.
Tylko jak tu naszą małą namówić, żeby szła w ustalonym przez nas kierunku?
Zwykle, dla oszczędności czasu, przenosimy ją w wybrane wcześniej miejsce. Jeśli nie chce iść, to po prostu wywróci się z nogami „wmurowanymi” w podłogę.
A tu takie wymagania…
Po kilku minutach starań Kasi udało się jednak poprowadzać szkraba po gabinecie.

Pan doktor – ze szkoły lakonów – wyartykuował z nieskrywanym wysiłkiem:
- No to na rok macie Państwo spokój.
Co za gość!
Na szczęści na rok mamy z nim spokój ;)

Można kupić małej super zupkę. Przecier można kupić albo inne danie. Wszystko to na nic. Spróbuje, wykrzywi się, czasem zje pół słoiczka – to już pełnia szczęścia dla starych!
Co zje Zosia?
A np. zupę ogórkową. Z czosneczkiem.
Albo gołąbki. Mięsiste.
Babcia G. przypomniała przed chwilą przez telefon, że kotlety mielone też przypadły małej do gustu.
I żurek. Kwaśny.

Pospaliśmy sobie – ja i Zosia. Ja po obiedzie, Zosia po wcześniejszym niespaniu. Znaczy – już usnęła w aucie, ale obudził ją w drodze do bloku Dziadków Dzw. kropiący na twarz deszcz.
Pospaliśmy po obiedzie i filmie o słoniach. Ponad dwie godziny. do 18:30.
Mała wyspała się do tego stopnia, że mimo 23:00 nie chce spać. Właśnie bawimy się metrówką. Rozwijamy kawałek i obserwujemy, w jak zawrotnym tempie zwija się taśma.

Jakieś pół godziny temu zaczęło się.
Tyle mam w tej sprawie ;)

Update: 24-03-2006
Zadzwoniła Mama Żuczęcia. Od 1:10 mama czarnowłosego berbecia o granatowych (to nie moje określenie) oczach.
Szybkiego powrotu do domu!

Miało nas być razem dwanaście osób.
Niestety – Babcia G., która prawie od pół roku przygotowywała się na ten dzień „psychicznie” i „rękodzielniczo” – zachorowała.
Dziadek G. przyjechał sam, przywożąc torta i prezenty.
Pysznego torta.

Teraz już wszyscy pojechali, pozostawiając po sobie stertę prezentów.

Urodzinowa wróżba, czyli co w przyszłości.
Mając do wyboru różaniec, pieniądze, kieliszek, długopis i książkę Zosia wybrała kolejno: długopis, różaniec i książkę. Jak ktoś wierzy we wróżby, to niech sobie zinterpretuje.

Trochę o popisach Zosi i rodziców „napęczniałych” z dumy.

Za zamkniętymi drzwiami pokoju Ciotka Monika z Joachimem i jego tatą oglądaja na „rzutniku” bajki. Zosia też chce z nimi być. Napiera na drzwi – te jednak nie ustępują. Na moją podpowiedź: „Musisz Zosiu zastukać” mała…! Właśnie tak – zaciska rączkę w piąstkę i stara się pukać w drzwi. Szkoda tylko, że wewnątrz nik nie wiedział, że należy otworzyć.

Babcia G. na „roczek” wydziergała na szydełku komplecik składający się ze spódniczki, kamizelki, czapeczki i torebki. Kolor jasny filoet. Dla mnie. Dla kobiecego świata to kolor wrzosowy.
Zosia ubrana w nową rzecz przegląda się zachwycona w lustrze, potem przychodzi do gości, aby się zaprezentować. Przez bardzo długi czas nie przeszkadza jej niczym nie przytroczona czapeczka. A czapeczek zbytnio nie lubi i często gęsto zrywa je z głowy.
Wieczorem, gdy już nie było gości, mała w zabawie zdjęła czapeczkę. Na prośbę: „Załóż czapeczkę, Zosiu” jednym ruchem umieściła ją na powrót na głowie. Tylko raz i za pierwszym razem udała jej się ta sztuka.
Mimo późniejszych starań – nie powtórzyła wyczynu.
Cóż – szczęście nowicjusza.

Tak brzmi lepiej, ale zaczęło się już w piątek wieczór.
Gorączka – bez innych objawów poza obniżeniem nastroju i osłabieniem.
Piątkowym wieczorem odwiedziłem aptekę, gdzie w drodze kupna nabyłem środki „zbijające” gorączkę. Doustne i hmm… Do-wręcz-przeciwnie.
Pani uprzejmie poinstruowała mnie, żeby nie stosować ich jednocześnie.

W sobotę gorączka jakby była już mniejsza. Mamy nadzieję, że jest to tzw. „trzydniówka”, która w poniedziałek będzie tylko wspomnieniem.

Nie. Nie gołąb.
Pingwin.
Cieplejsza aura zachęciła Kasię do ubrania małej w „lżejszą” kurteczkę.
Biało-szarą. Krępującą ruchy. Ręce sztywno opuszczone na boki. Do tego „kaczy” chód (pielucha też robi swoje). Okutana przed wyjściem od Dziadków Dzw. Zosia przebiegła przez pokój. Wywołała salwę śmiechu.

Metka. Właściwie zdjęcie dzieci na metce, to powód największa radość z prezentów od Babci Dzw. Do metki przyczepiona była bluzeczka z reniferami. Polar z kapturem i myszką na piersi był bez atrakcyjnej metki.

Babcia, nieświadoma zagrożenia, przeczytała Zosi pełny tekst bajeczki z Teletubisiami. Mama zgasiła wybuchły pożar i wytłumaczyła Babci „co jest pięć”.

Przed Babcią Dzw. szkraba odwiedziła Ciotka Paulina z Mikołajem (ta ma dobrze – do niej Mikołaj przychodzi cały rok ;))

A pod wieczór, kiedy i ja już byłem, uściskać Zosię przybyła Ciotka Irena z Joaśkiem. Joachim z nieodłącznym polecaczkiem pełnym resoraków – co niezawodnie sprawia małej ogromną radość.

Przy czym to ‚świst’ to takie nieudaczne, onomatopeiczne opisanie dźwięku przelatującego z ogromną prędkościa obok ucha przedmiotu. (Ale wymęczyłem :)…

Dokładnie rok temu w szpitalu Kasia oddychała świadomie – jak nigdy dotąd.
I już jutro… Roczek!

Teraz to, o czym nie napisałem wcześniej.
W piątek Zosia była z mamą na badaniu kontrolnym w szpitalu. Tym samym, w którym niemal rok wcześniej przyszła na świat.
W ramach programu badano małej serce, pobierano krew. Pielęgniarka miała trochę problemów z pobraniem krwi, bo nasza pociecha broniła się ile sił w drobnych członkach. W efekcie wyszła z badania z małym krwiakiem w zgięciu łokcia. I łzami w oczach.
Waga naszej pociechy to 10,220 kg, wzrost – 74 cm.
Co ciekawe – ostatnie pól roku to niecałe dwa kilo masy więcej. Ruch robi swoje.


  • RSS