Właśnie wróciliśmy. Odwoził nas mój szwagier.
Zosia usnęła po minucie od umieszczenia jej w foteliku. Nawet nie zdążyliśmy ruszyć. Spała w ciągu dnia godzinę – rano, jeszcze u Żuczków (zaraz więcej). Potem cały czas rozchwytywana, roześmiana, rozbawiona, puszczająca samochody Joachima (bokiem ;). Cały dzień a „pełnych obrotach”.

Urodziny były mocno „obstawione”:
- Dziadkowie G.
- rodzina Staników
- my.

Prezenty – wiadomo. Samochody. Tylko my wyłamaliśmy się: samoloty do składania + książka o tym, jak robić samoloty z papieru. Origami.

A przed imprezą u Joaśka byliśmy na śniadaniu u Żuczków. Kosztowało to ich talerz, zrzucony przez naszego szkraba z ławy. Przez moją nieuwagę. Chyba…

Już tylko miesiąc dzieli Zosię od poznania kumpeli, która dzisiaj ciągle kopie mamę w żebra. Od środka.