zosiek blog

Życie po porodzie ;)

Wpisy z okresu: 2.2006

Wiem, że ssak, wiem.
W niedzielę kupiliśmy małej nakręcanego wieloryba, w kolorze blue. Wieloryba machającego ogonem, co stanowi jego siłę napędową do poruszania się w wodzie. Ślamazarnego. Ale zawsze.

Dziś wodowanie.
Wanna pełna wody.
Wieloryb nabiera prędkości w ucieczce od Zosi. Ta ostrożnie wyciąga dłoń i delikatnie, dwoma palcami chwyta uciekiniera. Nie gryzie, więc śmielej – cap i nad wodę. Ogon, uwolniony od oporu wody, przyspiesza. To dopiero radocha! Okazało się, że radość szkrabowi przyniósł fakt, że zabawka macha płetwą, a nie, że porusza się w wodzie.
I zrozum tu…

A wcześniej – Kasia na nadzwyczajnym posiedzeniu komisji, potem na zakupach. Ja zjadam obiad, podkarmiam Zosię, bawimy się trochę, czytamy książki, aby po jakimś czasie zapaść w zasłużoną, poobiednią drzemkę. Do 18:30. Półtorej godziny snu.
Kasia wróciła akurat w chwilę po pobudce – w porę, żeby napoić spragninego szkraba.

24-go mama miała urodziny.
Kolejne.

Weekend.
Porządki w domu.
Sobotnie popołudnie – Dziadkowie Dzw. Do niedzieli wieczór.
Gdy znajdujemy się z małą w okolicy dziadków (jednych i drugich) nie pozostaje mi nic innego, jak poświęcić czas na zajęcia niezwiązane z Zosią.
Kasia owszem – jest czasami wzywana z racji posiadania przydomowej fabryczki mleka. No i jeszcze, gdy nieszczęście – jakaś niefortunna wywrotka, potknięcie – łzy się leją, trzeba utulić.
A tak – „korba” wywołana zakochaniem we wnuczce podnosi ciśnienie i obroty do poziomu niepamiętanego już od lat. Dziadkowie są niezmordowani.

W ramach edukacji Ciotka Paulina uczy Zosię gasić i zapalać światło. Strasznie to ją cieszy (Ciotkę Paulinę znaczy). Zosię też ;) Mnie napawa oczywiście dumą :-)

Czwartek to standardowo – ja z Zosią, Kasia na komisji. Dziś mała zmiana – po czwartej trafia do nas Joachim. Z nowym, właśnie kupionym, autkiem – zapomniał zabrać zabawki z domu i tata był tak dobry…

Jedzenie:
- mnie udaje się zjeść przygotowany przez Kasię obiad.
- Joasiek zjada trochę ziemniaków – sosu nawet nie rusza, mięsa już na wstępnie prosi „nie”. Jak to on.
- Zosia, na raty. Odrobina zupki (3 łyżeczki), trochę ziemniaków. Na poważnie i samodzielnie zabiera się dopiero za obrane ze skórki jabłko. Ściska je w dłoni (lub dłoniach) i pałaszuje. Potem jeszcze (to po powrocie mamy) chrupki kukurydziane.
Te dwie rzeczy, tj. jabłka i chrupki, to – nazwijmy je tak – dania, na które Zosi zawsze ma ochotę.

Już wieczorem Kasia ćwierka jak skowronek. Mała śpi już trzy godziny! I tylko raz się obudziła!
Przez następną godzinę za to udało jej się obudzić już dwa razy :(

Aha! Katar to prawie historia.

I parska. I ma katar. Przez to śpi nienajlepiej. Tak od soboty wieczór, z nasileniem w poniedziałek, aż dziś.
Noce są ciężkie. Z poniedziałku na wtorek mała spała ma moim ramieniu do trzeciej nad ranem. Potem poddałem się, a niespanie miała Kasia.
Wczorajsza noc też nienajlepsza – mimo nawilżacza powietrza – trudno jej się oddych przez usta. Zasycha w gardle.
Dziś nos już jest w miarę drożny. Humor Zosi dopisuje – gdy wrazam z pracy wita mnie roześmiana i „rumiana” od ciągłej aktywności.

Właśnie wróciliśmy. Odwoził nas mój szwagier.
Zosia usnęła po minucie od umieszczenia jej w foteliku. Nawet nie zdążyliśmy ruszyć. Spała w ciągu dnia godzinę – rano, jeszcze u Żuczków (zaraz więcej). Potem cały czas rozchwytywana, roześmiana, rozbawiona, puszczająca samochody Joachima (bokiem ;). Cały dzień a „pełnych obrotach”.

Urodziny były mocno „obstawione”:
- Dziadkowie G.
- rodzina Staników
- my.

Prezenty – wiadomo. Samochody. Tylko my wyłamaliśmy się: samoloty do składania + książka o tym, jak robić samoloty z papieru. Origami.

A przed imprezą u Joaśka byliśmy na śniadaniu u Żuczków. Kosztowało to ich talerz, zrzucony przez naszego szkraba z ławy. Przez moją nieuwagę. Chyba…

Już tylko miesiąc dzieli Zosię od poznania kumpeli, która dzisiaj ciągle kopie mamę w żebra. Od środka.

Opuściłem dno łóżeczeka szkraba maksymalnie w dół. Strasznie już nam było, że lada moment wyskoczy przechylając się za czymś wsześniej wyciepanym poza.

Spanie.

Brak komentarzy

Właściwie jego brak.
Zosia często się budzi i domaga cyca.
Mama studiuje książkę, która ma nam pomóc w nauczeniu małej spania od wieczora do rana – w jednym kawałku. Potem przyjdzie kolej na mnie – też czeka mnie lektura.
Ciekaw jestem efektów.

Dziś czwartek – więc kolejny raz, gdy zawozimy z małą mamę na komisję. Potem rundka – poczta (pani w okienku zaprasza mnie – jak jej się wydaje – poza kolejnością). Magiel – pościel czeka na nas już dwa tygodnie. Potem obiad. Szkrab wcina kukurydzianego chrupka, potem pomaga mi w zjedzeniu żurku (ziemniaki i marchewka) – wyraźny smak wyraźnie jej pasuje ;)

Trudno powiedzieć dokładnie od kiedy – jakoś w tym tygodniu – Zosia, poza radosnym rozrzucaniem przedmiotów, zaczęła je na powrót umieszczać w opróżnianym wcześniej pojemniku (wiaderko z „klockami” w różnych kształtach, pojemnik na zabawki).

Niedawno przyszła paczka ze świątecznymi prezentami od Radka. Dziś byliśmy odebrać prezenty – całą masę prezentów!
Dzięki Szwagier – Kasia pewnie będzie chciała szczegółowo wyliczyć i opisać sukienki Zosi.

Wracając do samej wizyty – mała zrobiła Dziadkom Dzw. porządki na półkach i w szufladach. Najpierw były półki, ale potem Babcia stwierdział, że lepiej będzie, gdy Zosia uporządkuje dziadkowe skarpety.

W ramach zabawy starałem się jak najszybciej zbierać rozrzucone skarpety i pakować je ponownie do szuflady. Zosia przyspieszyła – nie pomogło. Zaczęła więc rozrzócać skarpety zamaszystymi ruchami za siebie. Tu osiągnęła lepsze efekty – musiałem się mocno starać ;)
Masa uciechy. Dla wszystkich.

Właśnie właśnie!
Walentynki. Ten handlowy zwyczaj zawleczony do nas – wraz z MTV, KFC i LSD – ze „zgniłego” zachodu. Przyjęło się.
Dla mnie dziewczyny przygotowały serducha – laurki. Teraz, zawieszone we framudze balkonowego okna, kołyszą się w cieple świec.
Ja kupiłem róże. Po wyjściu ze sklepu, gdy pokułem się kolcami, stwierdziłem, że chyba dla naszego szkraba kolczasty kwiatek to lekka przesada. Nie było jednak źle – jedna z róż okazała się bez kolców – i to o dziwo ta, którą wybierałem dla Zosi ;) Ktoś czuwa na tym chyba, co?

Z Kasią wynotowaliśmy kilka faktów o Chucku Norrisie*… Hm. O Zosi, ale Chuck jest wszędzie :)

Zosia robi/zrobiła/umie/może:
- W/g mamy rozpoznaje się już w lustrze – zaobserwowane przy przymierzaniu czapki: mała zakładała sobie na głowę czapkę, a potem obracała się do lustra, żeby sprawdzić efekt.
- Sama elegancko wcina chrupki kukurydziane (takie dłuuugaśne), do tego nie ma problemów (jeszcze tydzień temu miała) ze zjedzeniem kawałeczka trzymanego w garści – rozchyla dłoń, chwyta go drugą rączką i pakuje do buzi.
- W czasie ostatniego tygodnia na wsi dała się podtuczyć Babci G. – teraz ma lekko odstający brzuszek; jakby tak pozwolić, to Babcia G. zrobiłaby z niej „pączkę” (to po szwagrowemu :) .
- Na wsi wykazała się pamięcią; Kasia nie pamiętała już, kiedy ostatnio bawiła się z małą w „Tu sroczka kaszkę…” – ale szkrab pamiętał. Wieczorem, stojąc w łóżeczku, popatrzyła zaczepnie na mamę i rozpoczęła gesty do wspomnianego wierszyka. Mama pod wrażeniem. Ciągle jeszcze.
- Reaguje na „polecenia” typu „daj rączkę”, „idziemy”, „przytul się” – jak ma ochotę.
- Całkiem zgrabnie potrafi zaangażować do pomocy innych – dziś np. chciała dostać się z pokoju do kuchni – ale nie raczkując. Wyciągnęła wiec rękę do mnie, chwyciła podaną dłoń, a potem już pokierowała do kuchni. Zmiana kursu (po drodze huśtawka wisząca w futrynie) nie wchodziła w rachubę. _Idziemy_do_kuchni_!

(*) Narażając się na Kopniaka Z Półobrotu wynotuję dla potomności kilka faktów, które mi przypadły do gustu:
- Chuck Norris policzył do nieskończoności. Dwa razy.
- Zadzwonił na Blue Line i załatwił swoją sprawę.
- Neostrada działała mu natychmiast po podpisaniu umowy. Natychmiast.
- Grupa naukowców chciała zmierzyć siłę Kopniaka Z Półobrotu. Będzie nam ich brakować.
- Ze skrzyżowania Chucka i Złotej Rybki powstała rybka spełniająca trzy _ostatnie_ życzenia.

Starczy.


  • RSS