zosiek blog

Życie po porodzie ;)

Wpisy z okresu: 11.2005

Przynajmniej w ciągu dnia – bo trudno liczyć przypadki, że rano była go gdzieś odrobina na dachach domów i aut, a już chwilę potem…
A dzisiaj śnieg zaczął padać w czasie spaceru, na który dziewczyny wybrały się przed piętnastą. Duże, puszyste, wolno spadające płatki śniegu. Siedziałem potem z małą w oknie i patrzeliśmy na wolno bielejącą okolicę. Sprawdzam teraz – wszystko na zewnątrz jest nadal białe. Zima przyszła, w domu zrobiło się chłodniej.
Co dziś jeszcze?
Ciotka Kinga była rano, a Ciotka Monika przed wieczorem. Mama miała nadzwyczajne posiedzenie komisji, więc miałem okazję poczytać z Zosią prasę – ja Ozon, ona książeczkę o warzywach na straganie. Dopiero w drodze po Kasię (i Monikę) maluch zasnął. Śpiącą wniosłem ją w foteliku do domu, dzięki czemu przespała się z pół godzinki. I dalej ganiać po domu…
Kolejny wyczyn Zosi. Nowy narożnik (kanapa taka) rozkłada się do spania poprzez wyciągnięcie części „legowiska” za pomocą ucha z materiału. Zosia stanęła przy kanapie, podeszła do ucha, chwyciła lewą ręką, prawą zaparła się o siedzisko i yyyyyyyyy, poczerwieniała, zatrzęsła się i jęknęła z wysiłku. Kanapa ani drgnie. No to dwoma rękoma i całym ciałem. „yyyyyyyyyy” Też nic. Dała spokój. Pewnie pomyślała tylko: „Poczekaj z pół roku…”

Wróciliśmy po dziewiętnastej od Dziadków Dzw., u których byliśmy od wczorajszego wieczoru. A wczorajszego wieczoru zasiedliśmy do stołu (czyt. ławy ;) by uczcić imieniny Katarzyny. Zdrowie jej i uroda przez rok najbliższy będą niesłabnące – każdy toast był w tej „intencji”.
Kasia zachwycała się swobodą, jaką dała jej Babcia Dzw. zajmując się Zosią. A nasz szkrab – jak zwykle (już chyba przestanę pisać) czarował Dziadków uśmiechem.

W sobotni ranek Zosia zaskoczyła nas swoją spostrzegawczością. Zauważyła, że jeden szczebelek w łóżeczku daje się obracać (akurat jeden z tych, które można wyjąć dzięki wmontowanej sprężynie). Chwyciła więc go oburącz i zaczęła ciągnąć w dół – całym ciężarem. Nie do siebie, nie od siebie, tylko do ziemi. Na szczęście dla nas – do wyjęcia szczebla potrzebne jest działanie odwrotne. Ale wrażenie zrobiła na nas spore.

O ile w ciągu dnia Zosia była w miarę pogodna, to wieczór i próba położenia jej spać – póki co – kończy się niepowodzeniem. Spała wprawdzie godzinkę, ale potem obudziła się i już tylko mama, mama i mama. Usypia i śpi tylko „przy cycu”.
Ząbkuje.
Przynajmniej na to liczymy. Liczymy, że to nie przeziębienie albo jakaś inna dolegliwość…

Około trzeciej/czwartej w nocy budzi mnie piosenka śpiewana zrozpaczonym i wymęczonym głosem Kasi. Piosenka, której słów Kasia podobno nie zna…(*)
Czego jednak nie zrobi człowiek wyrwany nad ranem ze snu i przymuszony przez Zosię do ukołysania jej.
Ostatnie kilka nocy dużo mamę kosztują. Zosia zdaje się zabierać do „pokazania ząbków” – dziś (czwartek) prawie cały dzień kwęka, postękuje itd., itp.
Dopiero późnym popołudniem rozpogodziła się i sporo śmiała – ale tutaj prawdopodobnie największy wpływ miała Babcia Dzw., a potem Dziadek Dzw. Są niezawodni – w końcu wychowali gromadkę własnych dzieci.
Pojechaliśmy do dziadków po komisji. W drodze (z międzylądowaniami pod wybranymi przez mamę sklepami) małej udało się pospać ze trzy kwadranse.

(*)Relacja mocno subiektywna

Żuczki były i skojarzyło mi się. Leopold Staff tak pisał.

Najważniejsze I.
Ósmy miesiąc skończyła dziś bohaterka bloga. Naj naj od rodziców. W końcu to 2/3 roku!

Najważniejsze II.
Przyszedłem po południu do domu. Zosia wylądowała u mnie na kolanach, Kasia przyniosła zupkę i nakarmiła siedzącą u mnie małą. Bomba – szkrab sporo zjadł – mama jest zadowolona.
Po chwili Zosia raczkuje już po podłodze, bawi się zabawkami, gaworzy. Nie za długo – podchodzi, wstaje opierając się o moje nogi, biorę ją na ręce, sadzam na kolanach i … bach! „Oddaję Tobie co kryję w sobie”. Poszedłem się przebrać – strzał był celny – koszula do prania (spodnie pozostały nietknięte … ;)

W sobotę wieczorem Zosia obejrzała pierwszą bajkę – „Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków”.
Dzięki „Allegro” udało się kupić rzutnik i bajki. Odbiór rzutnika… – i już wieczorem siadłem z małą, żeby obejrzeć pierwszą bajkę. Zosia – z początku rozpraszana przez hałasy dobiegające z łazienki (mama), z czasem skupiła się na bajce. Patrzyła na zmieniające się kadry, słuchała narratora (tu – ja) i okazywała zniecierpliwienie, gdy obraz zbyt długo się nie zmieniał.

W sobotę Zosia była też na spacerze z Babcią Dzw. Dwie godziny, a w programie spanie (w większości) i karmienie kaczek.

Niedziela.
Mama rano zadowolona bardzo bardzo.
Zosia spała chyba do czwartej bez budzenia. Bardzo zadowolona mama. Bardzo.
Za to – jakby w celu odrobienia strat – o 21:30 Zosia ciągle nie śpi. Nie usnęła nawet w drodze od Dziadków Dzw. – mimo późnej pory powrotu (po dwudziestej).
U Dziadków Dzw. mała kolejny raz wcinała ogórki kiszone.

Kasia miała dziś dużą pomoc w opiece nad Zosią w postaci Babci G. i Joachima. „Wpadli na chwilę” około jedenastej, a wrócili do domu po dziewiętnastej.
Na spacer Kasia zabrała gości na plac zabaw na pobliskim blokowisku. Zjeżdżalnie, huśtawki, drabinki – fajnie. Ale najfajniejsze dla Joaśka było prowadzanie wózka z naszym szkrabem. Opowiadał zachwycony, że biegał z Zosią po placu zabaw. Jest to o tyle dziwne, że od nastania chłodów mój siostrzeniec nie przepada za przebywaniem na świeżym co prawda, ale zimnym powietrzu. Określenie dzisiejszego dnia „udanym” o to również jego dzieło.
Wieczorem nastąpiła płynna zmiana gości – Babcia G. i Joasiek na Ciotkę Paulinę.
Ciotka Paulina ugina się pod ciężarem naszej niemałej już małej.

Mama „podrzuciła” dziś Zosię do Joaśka i Babci G. Mała była pod opieką Babci prawie trzy godziny (od „przed jedenastą” do „po pierwszej”). Zosia witała Kasię śpiąca, odrobinę głodna i zmęczona, ale zadowolona – świetnie się bawiła z kuzynem. Po karmieniu był jeszcze spacer do parku. Joachim – co Kasia prosiła podkreślić – prowadził wózek. Wyraźnie zadowolony z powierzonego mu odpowiedzialnego zadania, z poważną i przejętą miną kroczył dumnie przez park.

Po południu – wizyta Martyny z mamą. Martyna zachwycona Zosią.
Zosia – choć na początku odrobinę niepewnie się przyglądała („spod byka”) – również zachwycona gośćmi (gościówami właściwie ;). Po jakimś czasie sen jednak zmorzył szkraba. Pożegnanie odbyło się bez naszej gwiazdy.
A ta, o ile spała dobrze do siódmej, tak po wieczornej toalecie nie chciała zmrużyć już oka. Usnęła dopiero na kolanach, przed monitorem, po próbach nakarmienia kaszką i ukołysaniu muzyką z płyty „0″ Damien Rice. Dokładnie to o 21:58!

I to nieźle.
Rano Kasia była zadowolona, bo Zosia spała prawie do ósmej trzydzieści. Potem była około południowa drzemka – godzinka i pół. Jeszcze około czwartej pół godziny (przerwane dzwoniącym telefonem).
Wieczorem zawieźliśmy Zosię do Babci G. – akurat opiekuje się Joaśkiem. Sami pojechaliśmy na zakupy. Powrót po małą, która przywitała nas zadowolona – Babcia mówiła, że nawet nie „zakwiliła”. Do domu, kąpiel, spanie nie nie nie nie…
Kręciła się, gadała, „zaczepiała” Kasię, próbowała zjeść książkę – wszystko, żeby nie spać.
Usnęła mi dopiero o 21:30 – po wynoszeniu, wykołysaniu, wyczerpaniu pamiętanych kołysanek, bajek i wierszyków. W końcu wyciszyła się i dała spokojnie położyć.

Wracając do Babci G.
Miała okazję zobaczyć, jak jej wnuczka próbuje wstawać i jak raczkuje. Jest zachwycona.
Zosia zachwycona była dwoma „rzeczami”:
- obecnosćią w lustrze u Joaśka tej samej roześmianej dziewczynki, która śmieje się do niej z luster w domu;
- możliwością wodzenia wzrokiem za swym kuzynem.

ta jesień.
Całkiem zimno jest po południu.
Próbowałem spacerować z Zosią po czwartej (czekaliśmy na Kasię – komisja). Dałem radę tylko pół godziny. Jakoś zimno mi się zrobiło. Liczyłem, że mała zaśnie w czasie spaceru. Mimo pustek w parku – nic z tego. To wydumałem, że w aucie uśnie – ciepło, muzyczka, szum silnika… Nic z tego. Gdy doszedłem do wniosku, że może uśnie w czasie jazdy, zadzwoniła Kasia, że już „po” komisji. Odwiozłem dziewczyny do domu.

Zosia (Kasia opowiada) dalej bawi się w chowanego. Znaczy: „nieprzypadkowo”.


  • RSS