zosiek blog

Życie po porodzie ;)

Wpisy z okresu: 9.2005

Czas pędzi.
Dziś nie było zwyczajowego spacerku – deszcz nie przestawał padać do wieczora.
W ramach przygotowań do soboty (i wielkiej imprezy związanej z Agą i Lukasem ;) zawiozłem Kasię do GALAXY na zakupy – ja zostałem z Zosią w aucie, na najwyższym piętrze parkingu. Zosia spała. Spała około godziny.
Potem pobudka i marudzenie. Na rękach trochę się uspokoiła. Trochę…
Zastosowała prostą metodę wyjaśnienia nam (Kasia wróciła niedługo po przebudzeniu małej), co jest „nie tak”. Metoda polega na wrzeszczeniu do czasu, aż ustanie przyczyna niedogodności dotykającej naszą córę. Mówiąc krótko – wrzeszczała (inaczej tego nie nazwę) przez całą drogę do domu. W domu okazało się, że to nie niewygodny fotelik, głód czy zdrętwiała noga. To przemoczona pielucha. Uff! Do wieczora było już w miarę spokojnie.

Szczepienie

Brak komentarzy

Kolejne szczepienie – żółtaczka tym razem.
Kasia wybrała się w towarzystwie Ciotki Moniki. (Kończą się Jej wakacje – studenci wracają do roboty – cóż za ulga – już nie muszę zazdrościć ;)
Zosia zapłakała dopiero przy wyjmowaniu igły – i to tylko na chwilkę. Dzielna dziewczyna.

Wieczorem mama wybrała się do sztucznych tropików, żeby nabyć odrobinę opalenizny. W tym czasie odwiedziliśmy (ja i Zosia) Chrzestnego i Joaśka. Ciotka Irena została przywitana przez Zosię w drzwiach – już wychodziliśmy. Mała „wyglądała” zza drzwi na korytarz – w oczekiwaniu na Ciotkę. Strasznie to ucieszyło przybyłą – Zosia zresztą wyglądając uśmiechała się od ucha do ucha. I jak tu jej nie lubić?

Cały dzień dziewczyny spędziły u Dziadków Dzw.
Babcia miała urlop, więc mogła poświęcić więcej czasu Zosi.
Dziadek – aby nie zostać w tyle, po południu nadrabiał straty. Dzięki temu Zosia była na długim spacerze w okolicach bloku (u Dziadka na rękach).

Sukces

Brak komentarzy

Dzisiaj o 10:40 dostałem od Kasi SMS’a: „Zosia złapała się za szczebelki w łóżeczku i sama siedzi”. Tyle!
Gdy przyjechałem do domu Zosia zaprezentowała, jak dokonuje tej trudnej sztuki – sporo czasu i wysiłku ją to kosztuje. Ma jednak z tego również sporo uciechy. Przekonała się przy okazji, że ochraniacze nałożone na łóżeczko to niezła rzecz – bezpośrednie spotkanie z drewnianymi elementami łóżeczka okazały się bolesne.

Nazbierało się tego od czwartku.

W czwartek – wiadomo. W czasie obowiązkowego spaceru po Parku Kasprowicza zbieram z Zosią kasztany. Pogoda była fenomenalna – słońce, cieplutko, bezwietrznie. Na polance byli nawet „opalający się”.
Zosia w ramach niechęci do spania zmusiła mnie do noszenia się na rękach. Kasia zjawiła się, kiedy było mi już naprawdę ciężko.

Weekend – zaplanowany u Dziadków G., więc na piątek zawiozłem moje dziewczyny do Dziadków Dzw. Na noc również. Trzeba dać czas Dziadkom na cieszenie się wnuczką. Z wzajemnością.
W sobotę rano pojechaliśmy na wieś. Joachim już był. Dzień toczył sie niespiesznie. Po południu wybraliśmy się na Jedlicką Górkę na węgierki. Jak powiedział gospodarz: można je jeść wieczorem – co (dla niezorientowanych tłumaczę) miało znaczyć, że „śliwki robaczywki” już obleciały. Zosia spała większość czasu spędzonego w sadzie. Obudziła się na sesję fotograficzną w świetle zachodzącego słońca.

Niedziela.
Dzień wyborów do Sejmu i Senatu. W okolicach południa „jedziemy na spacer”, co oznacza odwiedzenie okolic Zieleńca, resztek położonego w lesie żydowskiego cmentarza i Półwyspu Storczyków. Zosia nie marudzi tylko gdy jest noszona. Niestety – fizjologia. Jak w dowcipie o szpitalu: Dzień dobry. Czy był już stolec? Nie było…

Po powrocie maluch ma okazję poznać kuzyna, mego imiennika, jego dziewczynę, rodziców (moja chrzestna to 1/2 rodziców) i siostrę. Nauśmiechała się Zosia „co nie miara”.
A potem pokazała, że ma charakterek – zbyt długo trzymana na kolanach napięła się, odchyliła do tyłu i zkrzyczała „Aaaa”. Już swoje zdanie ma ;) !!!
Wieś pożegnaliśmy po szóstej, żeby zdążyć przed zamknięciem lokalu.
Wieczór był dla szkraba ciężki. Do pierwszej w nocy spała u mnie „na rękach” – nosiłem ją badź siedziałem przed monitorem. Dopiero poniedziałkowy ranek przynsł ulgę w postaci przepełnio… Miałem nie pisać…
Ulgę w każdym bądź razie przyniósł!

Nic się nie dzieje.
Poza wybuchami radości u Zosi. Na czyjś widok. Najpierw myślałem, że na mój. O ja naiwny! Jak spotkała pierwszy raz na klatce sąsiadkę z góry – też się strasznie ucieszyła. No mogłaby choć trochę udawać, a nie tak, centralnie…
Strasznie jestem zfrusrtowany, strasznie.

Ale ale! – zapomniałem napisać wcześniej, więc się poprawiam.
Zosia skończyła pół roku.
Przeleciało.

I jeszcze jedno.
Zosia potrafi się bawić leżąc na boku. Taki mały kroczek w kierunku przejścia do postawy znanej już od czasów homo erectus.

Wtorek

Brak komentarzy

Na 17:05 Zosia miała umówioną wizytę u ortopedy. Na miejscu okazało się, że wszystkie niemal dzieciaki zostały umówione na 17:00 i okolice. No i do tego w standardowych odstępach – co pięć minut (a czasami po dwa – trzy szkraby na raz). Dzięki bałaganowi w recepcji. A dzięki uprzejmości dorosłych pacjentów, którzy bez kolejki przepuszczali tych małych, wszystko odbyło się płynnie i bez zacięć.

Lekarz zbadał, zrobił fotki bioder z USG i powiedział:
- Wszystko jest dobrze. Następny raz jak zacznie próbować chodzić. To wszystko.

Po wizycie odwiedziły nas Żuczki, które wchodziły po schodach – bo nie ma u nas windy (to w odpowiedzi dla autora notatki podpisanej http://bingo.blog.pl/ ;)
Zosia akurat spała, ale po jakimś czasie otworzyła oczy i spędziła kilka chwil na rękach u Ciotki Kingi. Ciotka Kinga rośnie. Dosłownie i przenośnie ;)

Żuczki tu są

1 komentarz

Właśnie wchodzą po schodach….

Weekend

Brak komentarzy

Dalszy ciąg nienajlepszego samopoczucia Zosi. Po południu – u dziadków Dzw. – „leciało” jej z nosa – mamy nadzieję, że to ząbki (ach, kiedyż one wreszcie!) a nie przeziębienie. A na wypróżnienie czekaliśmy jak na zbawienie – strasznie się (i innych) męczyła. A po wszystkim – pełnia szczęścia i uśmiech ograniczony tylko przez fakt posiadania uszek ;)
Rano byliśmy nad Szmaragdowym, z Joaśkiem. Pogoda piękna, choć jesiennie chłodno. Sporo się pozmieniało, ale dzięki zmianom mogliśmy chodzić prawie dookoła całego jeziora nad samym brzegiem. Zosię nosiłem w nosidełku, dzięki czemu miałem niezłą radochę, gdy ta piszczała z radości widząc pięknie oświetlone jezioro (i to z trzy razy – za każdym razem, gdy pojawiało się ono w zasięgu jej wzroku).
Dzięki niezłej pogodzie Dziadek Dzw. miał możliwość poganiać z Zosią na rękach po okolicy, porozmawiać z paniami, które przysiadły na ławkach (Babcia powinna chyba też chodzić na te spacer…).

A co z sobotą?
Pobudka jeszcze przed ósmą – jak się jest „starym”, to nie ma zlituj. Generalnie tułaliśmy się po okolicy. Najpierw Police – niestety wyjazd był sztuką dla sztuki – interesujący nas sklep ze starociami był zamknięty. Potem obiad, Kasia z Małą na spacer po Wałach, ja na moment do pracy, potem już razem „najechaliśmy” Ciotkę Irenę. Do domu wybraliśmy się po dziewiętnastej.
Tyle sobota – nic specjalnego się nie zdarzyło.

Ten czas…

Brak komentarzy

Dzisiaj Zosia ma już 179 dni. Niedługo będzie miała pół roku. Pisałem ostatnio o kiepskim samopoczuciu małej; Kasia przypomniała mi, że na początku każdy wieczór to był płacz po kąpieli, podczas ubierania, wieczorem noszenie i usypianie na rękach… Jak szybko się człowiek do dobrego przyzwyczaja… Tak niedawno pisałem, że hura! Zosia sama usnęła. A teraz – wystarczyły dwa czy trzy dni marudzenia – i już wydaje się, że „niewiadomoco”….(pisanie przerwał płacz, ale już piszę dalej).

Czwartek. Piersza „zupka” marchwiowo-ryżowa (Gerber). Mama po południu – wiadomo co. Ja nie mogłem chodzić w okolicy UM, bo prezydent miasta miał jakąś imprezkę (helikopter przyleciał, „kupa policji” i straży miejskiej – nie wiedziałem że jest ich aż tylu). Udałem się więc z córą do antykwariatu w poszukiwaniu książek o historii moich stron rodzinnych. Bez powodzenia. Tym bardziej, że Zosia zamiast spać, jak się spodziewałem, rozgadała się, a potem to już trzeba ją było wziąć na ręce i zmykać z upolowanymi „Baśniami Polskimi”. Szkoda…

Piątek. Nasz szkrab udowadnia, że jest stworzeniem towarzyskim i pro społecznym. Rano zawożę moje panie do Kasi. i L. Nowe miejsce, nowi ludzie – Zosia szczęśliwa, nie płacze, rozgląda się, uśmiecha, potem po nakarmieniu przesypia ponad godzinę. Po czternastej dalej robię za kierowcę – tym razem jedziemy do Dziadków Dzw. Kiedy dołączam wieczorem, okazuje się, że w związku z padającym deszczem nawet Dziadek Dzw. nie wyszedł z małą na spacer. Jazda do domu – już ciemno za oknami, migają światła mijanych latarni – maluch nie zmrużył nawet oka.


  • RSS