zosiek blog

Życie po porodzie ;)

Wpisy z okresu: 7.2005

Sporo wizyt, odwiedzin i nowości.
Ciotka Paulina była. Zajmowała się trochę swoją siostrzenicą, zjadła obiad i… poleciała. Teraz długo nie będzie widziała Zosi, bo wyjeżdża na dwa tygodnie na wieś. Do zobaczenia!

Babeczki z kawą i ciastem odwiedziły sąsiadkę z poddasza. Zwiedziły mieszkanko, Kasia porozmawiała, Zosia pomarudziła i pospała. Kasia posłuchała pochwał – zasłużonych – pod adresem męża sąsiadki, poznała historię działki… Wizytę uznano za udaną.

Przed osiemnastą zapakowaliśmy się do autka i wyruszyliśmy w poszukiwaniu magla. Z ledwością się udało.
Po pozbyciu się pościeli zajechaliśmy do ogrodu Zosi P. Gospodarze akurat wieczerzali z rodzicami Pani Domu. My rozłożyliśmy się na ławeczce pod jabłonią. Kiedy mama Iza wyszła ze swoją małą na dwór i podeszła do nas – Zosia (nasza, na moich rękach) rozszalała się. Gadała, śmiała się, machała nogami i rękoma, wrecz piszczała – a wszystko to pod adresem i w celu nawiązaniu kontaktu ze swoją rówieśnicą. Odzew nie był tak szalony i spontaniczny, jednak był. Śmiesznie, bo mają po 4 miesiące :)
Z ogrodu wygonił nas nadchodzący deszcz.

Kąpiel – pierwszy raz w dużej wannie, z mamą. Bez specjalnych sensacji, jednak z odrobiną zdziwienia. Chyba nad „tyle traci ile wyprze”.

A na zakończenie – Kasia ucieszona pochwaliła małą, że już kolejny raz usnęła w łóżeczku, przy miśku, trzymając go za łapkę. W chwilę potem – pisząc już – usłyszałem okrzyki niezadowolenia z pokoju. Chyba nie tak do końca udało się to usypianie. Szkoda…

To kumulacja w lotto. Pewnie zmieni czyjeś życie.
Tak, jak ktoś zmienił nasze, nazywając bez naszej wiedzy i zgody zosinego miśka imieniem Peter. Czyli misiek to ON. Tak ma wyszyte na noszonym sweterku – że też wcześniej nie zwróciliśmy na to uwagi… To był wstrząs. Nic nie mieliśmy do powiedzenia.
Dla Zosi dzień ujawnienia tożsamości jej ulubionego pluszaka przebiegł w miarę radośnie. W miarę, bo miewała problemy z zaśnięciem i trochę marudziła – Kasia podejrzewa problemy z brzuchem. Teraz (jest 21:40) mała nie śpi – obudziła się przed chwilą i rozgląda się za towarzystwem. A w kierunku „towarzystwa” coraz częściej wydaj dźwięk „rrrrrrrrrrr”, w śmieszny sposób, bo z wystawionym, zaślinionym językiem. Kasia przepytywana o dzisiejszy dzień wspomina również to, że usypianie w towarzystwie Petera staje się z wolna zwyczajem. Dziś tak było.
Z programu dnia wspomnieć trzeba spacerek po Parku Kasprowicza w towarzystwie Izy i Zosi P. (Maluchy jeszcze nie gadają ze sobą, ale tyko czekać.)
Jeszcze muszę napisać o zdjęciach. Zosia wytrzeszcza oczy za każdym razem, gdy wycelowany jest w nią aparat. Robi wielkie, przezabawne „gały”. Tylko kto by chciał mieć na każdym zdjęciu wytrzeszczene oczy? Poluję w związku z tym na „normalną” minę. Póki co z nielicznymi sukcesami – „zwyczajnie” wygląda, gdy śpi.
I to by było na tyle ;)

A jednak nie. Kasia właśnie przyszła zakomunikować, że mała usnęła sama w łóżeczku.
To by było na tyle!

ze świtą zawitała dziś w naszych skromnych progach. Reakcja Zosi na odwiedziny była nerwowa – rozpłakała się na rękach u Ciotki. Potem było już lepiej, łącznie ze śmiechem i chichraniem.
Joachim zaprezentował statek kosmiczny, latający, papierowy, własnoręczny, budową przypominający prom kosmiczny. A wcześniej – resorak – model koncepcyjnego modelu Peugot’a.

Wieczór był ciężki – mała marudziła, płakała, była generalnie niezadowolona. Usnęła w końcu w towarzystwie wpatrzonego w nią pluszowego miśka, któremu chyba czas nadać jakieś imię i zdecydować o płci.

Kolejny dzień spędzony przez moje Panie u dziadków Dzw. Rano – dowóz na miejsce, potem dojazd do nich po pracy, msza i impreza z udziałem Pauliny, Mikołaja, rodziców, rodziców chrzestnych i naszym. Ciotka skończyła dziś … lat. I tylko rodziców szkoda, bo oni tacy młodzi, a dzieciaki nic innego nie robią, jak tylko starzeją się, przez co i ich postarzają.
Znaczną część czasu spędziliśmy przy suto zastawionym stole. Było rizotto (taka robocza nazwa dla dania, które stało się czymś innym, niż miało być z założenia), mięso indyka faszerowane morelami, sałatki z kalafiora, z buraczków z czosnkiem, wędliny, leczo… A na deser – dwie galaretki. Jedna w wykonaniu Pauliny – złożona z kilku warstw owoców i galaretek, szaleństwo smaków i aromatów. Bomba. Druga – w wykonaniu Mikołaja – ujmująca treścią i klarownością przekazu oraz prostotą smaku. Urodzinowa galaretka z cyferkami 7 i 1 (albo odwrotnie).
Zosia cieszyła oczy tymi smakołykami – mama dostarczy jej oglądane dania w formie płynnej, już za kilka godzin.
Kolejny raz przekonaliśmy się, że córka nasza to istota towarzyska, ujmująca, sympatyczna i łatwo nawiązująca kontakty. Po godzinie znajomości z chrzestnymi Pauliny w najlepsze chichrała się z panią Kasią. Oczywiście do czasu, gdy dopadło ją zmęczenie – wtedy odrobinę zaczęła marudzić. Na szczęście odrobina mleka mamy na jakiś czas koiła zmęczonego szkraba. Po powrocie do domu dziewczyny poszły spać. Nie od razu wprawdzie, ale o przyczynach opóźnień – a raczej tematach pewnych rozmów z pewnymi osobami – powiedzieć będziemy mogli kiedy indziej… A to bardzo ciekawe. Bardzo. No ale nie można. Jeszcze… Chyba nie dam rady ;)

Wczoraj (piątek) dziewczyny cały dzień – z przerwą na wizytę u Izy – były u dziadków Dzw. – zawiozłem je rano, a odebrałem późnym (jak na Zosię) wieczorem.
Od dnia poprzedniego Zosia wystawia język. Jak tylko najdalej się da. I ślini się przy tym. Jak już skończy z językiem – zagryza bezzębnymi dziąsłami piąstki, albo też pakuje do buzi palec wskazujący. Tak czy inaczej – dbać trzeba, żeby nie była zbyt zaśliniona.

Sobota. Zabraliśmy się z Zosią na grillowanie w okolice ogrodu dendrologicznego w Glinnej. Co roku baza dla turystów jest bardziej rozbudowana, dziś zostaliśmy zaskoczeni zastanym na miejscu paleniskiem, z zadaszeniem, miejscami siedzącymi dookoła, składem drewna, śmietnikami. Naprawdę można się spokojnie wybrać bez żadnego „osprzętu” – nawet kijki do kiełbasek leżały gotowe do użycia.
Wyjazd został skrzyknięty przez „Wyspę”. Krzyś zabrał ze sobą żonkę i Weronikę. Przybył również drugi Krzysio, oraz Piotr ze swą babeczką. Nasz szkrab skupił wokół siebie piękniejszą część towarzystwa. Faceci oddawali się uciechom – głównie koszykówka i opowieści o tym co teraz i co drzewiej bywało… Było też małe nieszczęście – w wyniku nieporozumienia starych Zosia nie miała pieluch, przebieraka i innych precjozów, zwyczajowo zabieranych na wypady poza dom. Musiała przetrwać sześć godzin bez zmiany pieluch – dzięki zaawansowanej, kosmicznej technologii stosowanej w jednorazowych pieluchach, udało nam się dotrzeć do domu cało i czysto … na zewnątrz. Bo przecież wszystko zostaje wewnątrz pieluchy, prawda? Prawda :)

Komisja

Brak komentarzy

Pierwsze skojarzenie do „komisja”? „Śledcza”.
Kasia dziś postanowiła wybrać się na komisję … alkoholową (w skrócie ją tak nazywam). Ja dostałem Zosię, wózek i wolny czas. Na szczęście dla mnie mała przespała większość czasu – obudziła się dwa razy, ale chwila spaceru sprowadziła ją ponownie w objęcia Morfeusza. Mogłem spokojnie poczytać Ozon.
Po komisji pojechalismy do galaxy. Po „wysłaniu” Kasi na zakupy miałem nadzieję kontynuować lekturę w aucie, ze śpiącą Zosią u boku. No i z 5 minut Zosia spała. Potem zakończyła moje marzenia okrzykami niezadowolenia. Z małą „na kotka” poszedłem szukać Kasi. Pobyt w sklepie to dla małej oczywiście zbyt wielka atrakcja, żeby pozwolić sobie na zmrużenie oka. W miejscach pełnych kolorowych towarów, tak jak centra handlowe, nie przestaje kręcić glową. Zadziera ją wysoko, największe zainteresowanie kierując ku przedmiotom wiszącym z sufitu. Będzie specem od marketingu ;) Bo tam: PROMOCJA! ZNIŻKI! 70% CENY! WYPRZEDAŻ! TYLKO W TYM TYGODNIU! itd., itp.

W/g relacji Kasi mała była dziś niezwykle spokojna (jak zwykle). W czasie, kiedy mama porządkowała mieszkanie, szkrab spał albo bawił się zabawkami na takim stojaczku. Nie pamiętam, jak to się nazywa. Jak się dowiem – napiszę.
Po południu Kasia wyprawiła się z wózkiem do kościoła. Zosia spała.
A wieczorkiem – wspomniane odwiedziny spalonych słońcem nad Miedwiem Żuczków. Rafał – w związku z poparzeniami – zaprezentował nam swoją umięśnioną klatę i bicepsy (plontanina mięsni, wstrząsające przeżycie!). Odbyła się sesja fotograficzna – Zosia jako gwiazda, reszta w charakterze bladego tła ;) W związku z późną porą zakończenia wizyty maluszek wylądował w łóżku, przy piersi, wykąpany i gotowy do spania, dopiero o 22:20.
Miłych snów.

Już piszę.
Ortopeda ma przewidziane 5 minut (słownie „pięć” minut) na badanie dziecka.
bez komentarza………. bez komentarza………. bez komentarza………. bez komentarza………. bez komentarza………. bez komentarza………. bez komentarza………. bez komentarza………. bez komentarza………. bez komentarza………. bez komentarza………. bez komentarza………. bez komentarza………. bez komentarza………. bez komentarza………. bez komentarza………. bez komentarza………. bez komentarza………. bez komentarza………. bez komentarza………. bez komentarza………. bez komentarza………. bez komentarza……….

Łapiemy lato w słoiki. Od dziadków G. – zmiksowane. Dla Zosi. Gdy zacznie jeść coś innego, niż mleko mamy. Dla nas – z warzywniaka. Zesmarzone na dżem.
Dziś kupujemy kończące się, małe, nierówne. „Do pojedzenia”. Już prawie po sezonie. Potem jeszcze chwila… Przyjdzie jesień. Zosia skonczy pół roku. Goni nas Czas…

(P.S.)
Kasia „na wkręta” i poza kolejką dostała się dziś do ortopedy. Diagnoza: wszystko jest dobrze, nie wozić jeszcze w spacerówce. Następna wizyta po skończeniu szóstego miesiąca. Pytnie: ile ortopeda przeznacz na badanie jednego dziecka? Odpowiedź w następnej notatce.

Tytuł dla notki wpisałem w „przelocie” w niedzielę. A teraz jest poniedziałek. Zosia zasnęła przed chwilą. Kasia też już śpi.

Sobotnim popołudniem, kiedy zajechałem do dziadków G., spotkało mnie niemałe zaskoczenie. Zmiany. Na pierwszy rzut oka mała (spała akurat na brzuchu Babci G.) wyglądała tak samo. Ale wszystko zmieniło się z przebudzeniem! Tydzień bez codziennej obserwacji i zabaw i… mały szok! Mała jest bardziej sprawna ruchowo, łapie podawane przedmioty, chwyta Babcię za podstawioną rękę, często reaguje „prawdziwym” śmiechem. Zmienił się nawet sposób patrzenia i obserwowania otoczenia – więcej jest w nim świadomości (to takie moje odczucie, pewnie bardzo subiektywne). Odrobinę urosła i … przytyła (sorki Zosia – mam nadzieję, że mi wybaczysz, jak to kiedyś przeczytasz ;). Jest też odrobinę przybrązowiona od słońca. Zdrowy, zadowolony z życia bobas.
Mama relacjonuje, że:
- pierwsza część tygodnia to adaptacja do nowego miejsca – do pięciu godzin spania w ciągu dnia, późne wstawanie i późne usypianie;
- druga połowa to mniej spania w ciągu dnia, ale za to już godzina dziewiąta wieczorem zastawała małą we śnie;
- godziny spędzone na świeżym powietrzu związane z atakami nieprzeliczonej armii drobnych muszek, robaczków, chrząszczy i żuczków – bez większych problemów przetrwane i przespane;
- dużo, dużo śmiechu i zabawy z dziadkami, którym trudno było oderwać się od Zosi (nawet w pracy Babci było ciężko oderwać się myślami od jej „narkotyczku”, jak nazwała wnuczkę);
- lekcje gimnastyki, śpiewu i tańca z Babcią Helą;
- prawie codzienne poranne wycieczki do sypialni dziadków na kawę i ciasteczka (Babcia zaraz po przebudzeniu porywała szkraba na dół);
- usypianie na rękach Dziadka, który opanował technikę trzymania Zosi „na kotka” – tu trzeba mocno podziękować, bo czasami nie da się inaczej uśpić naszej pociechy bez krzyków i płaczu. Dziękuję.
Wśród osiągnięć ostatniego tygodnia Kasia wymieniła również to, że mała potrafi nie tylko przewrócić się z pleców na brzuch, ale również leżąc na plecach obraca się (przesuwając czy odpychając się nóżkami) ruchem przeciwnym do wskazówek zegara. Już nie można jej bez obaw zostawić na łóżku czy w bujaczku – konieczny jest nadzór. Zwiększyło się nasze „uwiązanie” ;)

W niedzielę wieczorem, po przyjeździe z Jedlic, gościliśmy dziadków Dzw., którzy po tygodniu braku wizji musieli wyściskać, wycałować, ponosić i nacieszyć się Zosią. Trochę to trwało, ale Zosia – mimo wczesnej pobudki – przetrwała całą wizytę bez zmrużenia oka.

Nowy przebój Zosi – „Pojedziemy na łów”:
Piosenka w/g Wacława z Olecka (z 1833 roku ), zaczerpnięte ze strony:

http://republika.pl/meles/etyka.htm

Pojedziemy na łów, na łów, towarzyszu mój
Na łów, na łów na łowy,do zielonej dąbrowy, towarzyszu mój.
A tam biegnie zając, zając, towarzyszu mój!
Puszczaj charty za smyczą ,niech zająca pochwycą, towarzyszu mój.
Pojedziemy na łów, itd…
Aż tam biegnie sarna, sarna ,towarzyszu mój!
Puszczaj charty ze smyczą,niechaj sarnę uchwycą, towarzyszu mój!
Pojedziemy na łów, itd…
Aż tam biegnie sobol, sobol, towarzyszu mój!
Pojedziemy na łów, id.
Aż tam biegnie panna ,panna , towarzyszu mój!
Puszczaj charty ze smyczą,niechaj pannę pochwycą, towarzyszu mój!
A teraz się dzielmy, dzielmy, towarzyszu mój!
Tobie zając i sarna,a mnie sobol i panna, towarzyszu mój.
A kiedy ci krzywda, krzywda, towarzyszu mój!
Tobie siodło, a mnie koń,terazże się ze mną goń, towarzyszu mój.
A kiedy ci krzywda, krzywda, towarzyszu mój!
Moja szabla, a twój kij, terazże się ze mną bij, towarzyszu mój.
A kiedy ci krzywda, krzywda, towarzyszu mój!
Twoje gardło, a mój miecz, twoja głowa pójdzie precz, towarzyszu mój.


  • RSS