zosiek blog

Życie po porodzie ;)

Wpisy z okresu: 6.2005

Wtorek wspominać będziemy z kilku powodów.
Już rano zawiozłem dziewczyny do dziadków Dzw. Na godzinę 13 – 13:30 mieliśmy stawić się na badaniu u okulisty. Z Zosią. Po przejściu serii pytań o PESEL, nazwisko, gdzie książeczka rodzinna (jaka książeczka?), a ubezpieczenie itd., pielęgniarka zakropiła małej oczy i prosi o stawienie się na badanie z 25-30 minut. Zosia na ręce, Kasia za rękę (chwilami się udawało) i na spacerek. W okolicy są liczne antykwariaty, więc było czym nacieszyć oczy. Jeszcze tylko wykupienie kolejnego biletu postojowego dla zaparkowanego obok przychodni autka i – jesteśmy w gabinecie. Tu niespodzianka. Zosia tak głęboko zasnęła podczas spaceru, że nie budziły jej nasze lekkie nią potrząśnięcia, wołanie. To jeszcze nic. Nie obudziło jej nawet samo badanie, w trakcie którego lekarz dwukrotnie zaglądała _podświetlanym_ wziernikiem do każdego, własnoręcznie otwieranego oka. Jakaż pani była zaskoczona, rozchichotana i zachwycona. Jak jej się język rozwiązał z uciechy. A szkrab obudził się dopiero, gdy byliśmy daleko od przychodni.
Kolejną atrakcją dnia były urodziny Ciotki Moniki. Były ciasta (np. „kretowisko”), galaretka z owocami, kawa … Jeszcze raz wszystkiego dobrego Monika!
Z trasy wróciła spóźniona Ciotka Paulina. Wśród wspomnień wymienia koncerty, francuskie jedzenie, awarię autokaru, długie oczekiwanie na auto zastępcze, kąpiel słoneczna gdzieś na parkingu w Belgii (jeśli dobrze pamiętam – proszę o maila z poprawkami), poparzone z tego powodu plecy i… – tu coś dla facetów – piwo serwowane do posiłków w ilościach nieograniczonych. Dostałem takie jedno (teść też). Puszka 0,33 z Haineken’em i CO2. Dziękuję za pamięć.
W czasie wizyty u dziadków oglądaliśmy zdjęcia z chrztu – odebrałem z „media” fotki zeskanowane i nagrane na płycie. Za kilka dni roześlę wszystkim zainteresowanym. Zosia prezentuje się rewelacyjnie.

Dziś – w środę, Zosia poznęcała się trochę nad mamą, zmuszając do noszenia się na rękach w czasie spaceru. Podjechałem do Parku Kasprowicza, żeby przejść się, a potem zabrać babeczki do domu. Musiałem włączyć się w noszenie małej, która tylko na rękach była spokojna. Wynagradzała nam swoje kaprysy niesamowitym uśmiechem, który pojawiał się na jej twarzy przy każdym podniesieniu na rękach w górę (nad głowę).
Wieczorkiem przyszedł nas odwiedzić Adam z Anią. Był pokaz zdjęć z komunii, coś do picia, kolacja dla Adama i zajmowanie się „do upadłego” Zosią dla Ani. W czasie wizyty gości małą zasnęła. Mieliśmy cichą nadzieję, że już na dobre. Ale nie – obudziła się po wyjściu gości, dała się wykąpać i nakarmić. Gdy piszę te słowa śpi już od 2 godzin. Dziś przeżyła setny dzień.

Chrzest

1 komentarz

Jest poniedziałek wieczór. Z drinkiem w ręku mogę zabrać się do opisania chrztu i przygotowań z nim związanych.

Na dobrą sprawę porządki rozpoczęły się już w czwartek. Kasia wcześniej zrobiła dla mnie listę zadań, a ja – powoli (z naciskiem na niespieszność) – realizowałem je.
Piątek już został opisany wcześniej.
Sobota w całości podporządkowana została przygotowaniom do przyjęcia gości. Poranne zakupy, potem pieczenie, gotowanie, obieranie, siekanie……. W porządkach, opiece nas Zosią i przygotowaniach kulinarnych wspomagała nas Ciotka Monika – za co należą jej się serdeczne podziękowania.
Wieczorem – odbiór sukienki u krawcowej. Prosty krój, brak falbanek i udziwnień, długie, rozszerzające się rękawki – bomba. W niczym nie przypomina tych pseudo-komunijnych sukienek, które widzieliśmy w sklepach.
Po położeniu dziewczyn spać – wizyta u Żuczków – po ciasta i sztućce (takie super-duper, ze złoceniami, wysoki połysk :) – Te Żuczki to mają… :) )

Cały czas piszę o tym co dookoła Zosi. A co z Zosią? Spokojnie, bez płaczu, krzyków i humorów. Była najzwyczajniej „normalna”, tzn. „nic bez powodu”.

W niedzielę pobudka o 8:00. Już o dziewiątej zawitali do nas Dziadkowie Dzw. wraz z Moniką. Pomagali nam – a to zajmując się małą, a to obierając ziemniaki…
Przed wyjściem – chwila stresu i konsternacji – problemy z założeniem Zosinej kreacji. Po kilku próbach i pogłówkowaniu – udało się. Jeszcze białe buciki, czepek/chusteczka, rajtuzy – gotowe. Wyglądała _fenomenalnie_.
Do kościoła pojechaliśmy na ponad 20 minut przed jedenastą. Tam – zajęcie miejsca, uzupełnienie formalności na zakrystii. Ojciec Chrzestny przybył z gromnicą, Mama Chrzestna – z chustą symbolizującą białą szatkę (z własnoręcznie wyhaftowanymi inicjałami Z.G.).

Msza.
Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami nabożeństwo odprawiał o.Cezary, który nie tak dawno temu (choć to prawie cztery lata) udzielał nam ślubu. Zosia była jednym z ośmiorga maluchów, które przyjmowały chrzest. Co optymistyczne – dominowały imiona bądź to polskie, bądź po prostu normalne (bez Pameli, Eduarda czy… sam nie wiem jakiego). Zosia – jako że zgromadzenia to dla niej nie pierwszyzna – znaczną część uroczystości przespała. A jeśli nie spała – to ze stoickim spokojem obserwowała ludzi siedzących za nami. Polanie głowy wodą spowodowało jedynie chwilowe otwarcie oczu. Nie było płaczu czy krzyków. Była chwilowa przerwa w spaniu. Na zakończeniu obrzędu kapłan poprosił o podniesienie dzieci w górę i pokazanie ich wiernym. Posypały się brawa. Niestety – nie było bisów :( Dopiero podczas ogłoszeń parafialnych pojawiło się znudzenie – wynosiłem szkraba już wyraźnie niezadowolonego i marudzącego. Uroczystość będzie do „popatrzenia” dzięki Adamowi, który poświęcił swój czas, swoją (i baterii energię) oraz filmy, żeby uwiecznić przebieg uroczystości. Był również paparazzi, który z tyłu i z ukrycia robił zdjęcia cyfrówką. Dzięki niemu mamy dokumentację naszych fryzur i tego, jak śpi Zosia na moim ramieniu. Dzięki Michał (już wiem, jak mam poprawiać kitkę :)

Po wyjściu z kościoła miała miejsce sesja fotograficzna – jak to określiła Ciotka Irena – „pełen sponton”. W sesji uczestniczyli wszyscy przybyli goście, w różnych konfiguracjach. Kluczem zestawień modeli była np. płeć czy stopień pokrewieństwa, a elementem łączącym – Zosia. Dla wszystkich starczyło filmu i cierpliwości przechodzącej z rąk do rąk gwiazdy tego dnia.

Po sesji – do domu. Jako pierwsze danie podano lody. Upał był niemiłosierny. Potem rozpoczęło się oczekiwanie na obiad. Trwało. Trochę. Trwało. Ale się opłaciło. Rosół. przepyszne zrazy, pieczony kurczak i wytęsknione przez Joachima schabowe, młode ziemniaki, surówka z młodej kapusty, warzywa, owoce, ciasta, tort, wino i „łyski” dla chętnych.

My – rodzice – w zasadzie byliśmy zwolnieni z opieki nad Zosią. A to chciała się nią zająć jedna babcia, to druga, tu jedna ciotka, tam dziadek… Mama służyła do karmienia i przebierania, ja – dużo czasu mogłem poświęcić Joachimowi, wycinaniu z papieru samochodów, samolotów, latających świderków. Usłyszałam: „Pomysłowy jesteś wujek.” To jest komplement!
Trochę mało o Zosi, ale ona była poprostu gwiazdą zadowoloną z dużego audytorium i ogólnego zainteresowania.

Nakarmieni goście rozpraszali się stopniowo – począwszy od tych, którzy mieszkają najdalej. Na wieczornego drinka zostały Żuczki (Rafał dołączył po pracy).

Pora na podsumowanie.
W organizację niedzielnego obiadu włączonych zostało kilka osób, których pomoc nie może pozostać bez echa. Dziękujemy:
- Babci G. za tort, który był wspaniały (jeszcze mamy kawałek :)
- Monice za to, że była – raz jeszcze;
- Kindze za upieczenie „kruszońca” i sporządzenie (bo nie upieczenie) bananowca. Pycha.
- Dziadkowi Dzw. za obranie ziemniaków.
- Wszystkim za przybycie, jedzenie i chwalenie.

Udział wzięli (pomijając domowników, kolejność nie do końca przypadkowa i nie dowolna):
- Ciotka Monika (w roli Matki Chrzestnej) i Wujo Artur (w roli Ojca Chrzestnego III)
- Dziadkowie Dzw. I G. (w roli dziadków)
- Ciotka Irena (jako miłośnik herbaty) z i Joachimem (w Bardzo Ważnej Roli)
- Kinga P. (w roli Duszy Towarzystwa)

Wielcy nieobecni:
- Prababcia G.
- Radek z Babeczką – ciągle za oceanem
- Ciotka Paulina – gra gdzieś w „Szerokim Świecie” na trąbce
- Ciotka Beata z Martyną – z powodu epidemii ospy

Lista pamiątek z chrztu – poproszę Kasię – to pojawi się na dniach.

A teraz – dobranoc. Już 0:30!

R.A.D.E.K

Brak komentarzy

R.A.D.E.K . R.A.D.E.K . R.A.D.E.K
Chrzest jest w tą niedzielę.
Pozdrowienia!

Wczoraj odwiedziliśmy krawcową. Zamówienie: sukienka dla Zosi. Nie udało się mamie nic dobrego znaleźć dla córki, więc postanowiła, że trzeba coś uszyć. Zosia została najmłodszą klientką innej Zosi, która zarabia realizując odzieżowe marzenia kobiet. Nasze marzenie jest proste: prosta, biała sukienka. Bez udziwnień. Ma być w sobotę.
Po zdjęciu wymiarów Kasia z małą wybrały się na poszukiwanie bucików i czapeczki. Buciki – sukces. Czapeczka – brak sukcesu.

Dziś rano odwiedziliśmy centrum handlowe. Cel – zakup czapeczki. Ponownie – poszukiwania zakończone fiaskiem. Zosia bez protestów znosi noszenie na rękach po sklepie. Najlepiej, jeśli może swobodnie rozglądać się, podziwiać towary, zadzierać głowę. Nic więcej jej wtedy nie trzeba. Mama też jest szczęśliwa, mogąc biegać i przebierać w fatałaszkach.

Zakupy zostały sfinalizowane na najbliższym od domu targowisku. Kasia wzięła na pomoc Ciotkę Monikę. Zakupy były owocne zarówno dla Zosia (czapeczka) jak i dla Kasi (komplecik do ubrania na niedzielę).

W związku z nadchodzącymi chrzcinami, żeby nie zabetonić, wybraliśmy się ze szwagierem Arturem na kurs dla rodziców i chrzestnych. Bardzo ciekawie. Bardzo. Prowadzący – ojciec rodziny, mistrz świata w skokach narciarskich (na PeCecie), sprzedający książki w przykościelnej księgarni. Dawno nie słyszałem kogoś mówiącego tak konkretnie i …dosadnie. Lubię, gdy na gówno mówi się nie kupa, tylko gówno. On mówił!

Jutro czeka nas dzień związany z przygotowaniami do imprezki. Pracowity dzień.

Jeszcze jedno spostrzeżenie – jakiś miesiąc temu mała wymagała, aby przed snem ponosić ją trochę, bywało, że zasypiała dopiero „na rękach”. Teraz usypia albo sama, albo leżąc na Kasi. Generalnie rozpieszcza nas przesypiając prawie całe noce i budząc się w okolicach 8-ej czy 9-ej. W dzień też nie płacze bez istotnej przyczyny (jakiś ból, światło w oczy w aucie, zbyt gorąco..). Kumpela Aśka P. stwierdziła nawet: czemu mój Paweł nie był taki spokojny, tylko cudze dzieci są takie? Nie wiemy Asiu, ale cieszymy się, że nasza Zosia jest, jaka jest.

Mała spała długo. Nawet bardzo. Z niewielkimi przerwami do jedenastej.
Po południu wyruszyliśmy na poszukiwania stroju na chrzest dla Zosi i Kasi. Najpierw sklepy w Galaxy, potem Ster, jeszcze później Fala. W pierwszym centrum Kasia kupiła coś dla siebie. W drugim – skarpetki dla Zosi. W trzecim – nic. W Galaxy nosiłem Zosię w nosidełku na piersi (plecami do mnie). Jeszcze nigdy nie uśmiechało się do mnie tyle fajnych lasek!

W łóżeczku obserwować możemy próby do uchwycenia i „zgryzienia” gryzaczka. Nieporadność szkraba była dziś przyczyną wybuchu płaczu ze złości – po dziesięciu minutach nieudanych prób uchwycenia dziąsłami gryzaka Zosia rozpłakała się nowym rodzajem płaczu – jeszcze takiego nie słyszeliśmy. Naprawdę było słychać, że jest zniecierpliwiona i zła. Musiała interweniować mama. Ciągle zastanawiamy się, czy to możliwe, żeby już ząbkowała – ciągle się ślini, zagryza piąstki, czasami płacze bez istotnej widocznej przyczyny. Jeszcze trochę i okaże się.

To przed chwilą. Zosia rozbawiona „zaczepkami” Kasi roześmiała się w głos, takim prawdziwym „cha cha cha”!
Niesamowite.

W sobotę przespała prawie cały dzień, na świerzym powietrzu, na działce u rodziców Rafała „Żuczka”, na ramieniu u mamy. A my – starzy – grillowaliśmy kiełbaski i skrzydełka kurczaka, strzelaliśmy z wiatrówki do celu (i bez celu też), spaliśmy na leżakach. Pogoda była strasznie wietrzna, choć świeciło słońce. Z końcem dnia wiatr trochę się uspokoił.

W niedzielę zabraliśmy Zosię na zbiórkę harcerską do lasu obok jeziora Głębokiego. Zbiórka dla harcerzy i rodziców. W konkursach wprowadzono rywalizację pomiędzy pokoleniami. Młodzież poległa!!! Rodzice bez skrupułów pokonali swoje pociechy druzgocącą różnicą punktów. Było pieczenie kiełbas, mecz w nogę, trochę spraw organizacyjnych. I dużo, dużo słońca, prawie pionowo nad głowami. Straszny skwar.
Potem obiad u dziadków Dzw., a po powrocie do domu wizyta Aśki P. z synem Pawłem. Potem już spać.

Zacznę od ogółu.

Miniony tydzień przyniósł pewne zmiany w zachowaniu malucha. Będę wymieniał po kolei.
Coraz mniej śpi w ciągu dnia. Jednego dnia przespała jedyne 1,5 h. A innego spała do 13:30… Noce nadal przesypia pięknie.
Ponieważ nie śpi, to musi się czymś zająć. A potrafi już się zająć rozmaitymi rzeczami, do tego wykazuje spore zainteresowanie otoczeniem. Obiektem uwagi może zostać opisywana już wcześniej zabawka wisząca nad łóżeczkiem, mama gotująca posiłki, wzorek na ochraniaczu na łóżeczku, krajobrazy widziane z wózka, a czasami rozgląda się pozornie bez celu po pokoju. _Zajmowanie się_ to nie tylko obserwacja, ale i łapanie i potrząsanie zabawkami. W miarę skromnych możliwości.
Do tego gada, gada, gada i jeszcze raz gada. Czasami słyszę przez telefon, że próbuje przyłączyć się do rozmowy ;) Rozmawia z każdym i o wszystkim. A najfajniejsze jest w jej wykonaniu „akustyczne ziewanie” z takim przeciągłym „łłłeeeeeeeeeaaaaa”.
Generalnie – Zosia daje nam odpocząć, płacze w sytuacjach, gdy już naprawdę nie daje rady „powiedzieć” nam, o co jej biega. Czyli niezbyt często.

Teraz – do szczegółu.

W środę rano w zeszłym tygodniu Zosia odwiedziła gabinet dentystyczny – jako osoba towarzysząca mamie. Usłyszeliśmy: – Też będziesz taka Samosia (pani stomatolog ma również Zosię i pewnie wie, co mówi).
Później pojechała do dziadków Dzw., gdzie dołączył Joachim. Po południu Joachim wyszedł ze mną, żebym sobie popuszczał jego latawiec. Fajnie było, chociaż siostrzeniec trochę się nudził. Ale dla mnie – mimo zmiennego i zanikającego wiatru – bomba!

Piątek – uczestnictwo w sabacie czarownic. Udział brały – poza Kasią i Zosią: Asia, Iza i Gosia. Dopiero w godzinach wieczornych towarzystwo się zupełnie rozpierzchło. Po zlocie pozostało wdzianko (spodenki i bluzka) w miłym, różowym (jak na oko faceta) kolorze. Ładne.

Sobota – odsypianie tygodnia. Zosia spała do 13:30. Potem próba załatwienia spraw na plebanii i w pralni chemicznej – i wyjazd na „Dni Morza”. Byliśmy niezbyt długo, bo najpierw parkowaliśmy, ciężko się było poruszać bo tłumy straszne, potem padało.
Po powrocie i późnym obiedzie pojechaliśmy do Ciotki Ireny. Przy butelce wina poprosiliśmy Artura, żeby został tatą chrzestnym. Zostanie. Niedługo.

Niedziela – kolejny koncert w życiu Zosi. Ponownie „Olimpia”, tym razem w Filharmonii. Koncert dużo lepiej zabrzmiał niż na Zamku. Paulina twierdzi, że dziewczyny się przyłożyły. Było słychać!
Ale zanim to nastąpiło – przeszedłem chrzest bojowy. Kasia w kościele, a ja ze szkrabem, któremu zawartość pieluchy przelewa się w kilku kierunkach. Dałem radę!
Po koncercie wizyta u dziadków Dzw., obiadek, kolacja… Monika – drugi z rodziców chrzestnych – również z radością przyjęła propozycję zostania mamą. Mamy komplet rodziców. Zosia ma dwa komplety ;)

Poniedziałek – Zosia ponownie u dentysty (u Romana tym razem). W poczekalni oczywiście. Potem, gdy mama odwiedziła prywatnego „rentgena”, mała rzuciła okiem na kaczki pływające w basenie przeciwpożarowym. Nauczone, że ludzie przynoszą im jedzenie, podpływały i można się było przyjrzeć im z bardzo bliska. Potem jeszcze wizyta u jednej z czarownic z piątkowego spotkania – Gosi C. Zosia była cała szczęśliwa gaworząc z Gosią i jej mamą. Takie babski pogaduchy – nie brałem w tym udziału – zajmowałem się nowym komputerem Gosi.

Dziś – wtorek.
Przychodnia – wizyta związana z kolejnym szczepieniem, do tego wizyta u pediatry – ważenie (6,5 kg), czas na kilka pytań. Kasia wspomniała, że ukłucie związane z zastrzykiem wywołało płacz trwający około minuty. I tyle. Dzielna Zosia.
Po południu – wizyta u O.Cezarego – ustalenie terminu chrztu. To będzie 26 czerwiec, godzina 11:00. Ten sam ksiądz, który nam udzielał ślubu, teraz ochrzci naszą córkę. Córkę, która niezbyt była dziś w sosie. Zarówno w czasie spaceru, na który zabrała ją Kasia, jak i w czasie wizyty na plebani, jak również po powrocie do domu – cały prawie czas narzekała i nie mogła znaleźć sobie miejsca. Prawdopodobnie pogoda – upał i oczekiwanie na burzę, która wieczorem oczyściła powietrze. Teraz już śpi (jest 23:25), wykąpana i nakarmiona. Ale zanim to nastąpiło – zdrowo na nas nakrzyczała. W takich chwilach bezradności, kiedy nie pomaga wzięcie na ręce, kładzenie na plecach, na brzuszku, kołysanie – po prostu czekamy, aż mała się odrobinę zmęczy. Wtedy udaje się mamie nakarmić ją, ukołysać i uśpić. Wieczory są raczej marudne…

To ja. A reszta?
Z aury zadowolenie mogli być tylko rolnicy, bo zraszanie trwało z mniejszymi lub większymi przerwami cały dzień. Ze spacerów nici. Generalnie jest mokro, chłodno i dość ponuro.
Odwiedzili nas Artur z Joachimem. Dostałem rysunek helikoptera w barwach maskujących. Pisząc patrzę na niego. Miły prezent.
Wizyta gości to okazja dla Zosi do pogadania z kimś innym, niż mama i tato. I do porozdawania uśmiechów, które coraz częściej goszczą na jej twarzy. Zawsze powodują pozytywny odzew. Bez wyjątku.

- Dzisiaj Zosia była tak grzeczniutka, że normalnie jestem w szoku. – Powiedziała przed snem Kasia.
Bo dzisiaj obie panie były od rana u dziadków Dzw., a dom dziadków wpływ ma niezwykły.
Po południu – wizyta u Beaty i Martyny, która nie mogła doczekać się spaceru z Zosią. Było zimno, Zosia nie chciała leżeć w wózku, więc Martynka prowadzała wózek. Kasia nosiła Zosię.
W czasie wizyty mała zachwycała gospodynie gaworzeniem. Ciekawie wygląda, gdy mamy (a poza Betą i Kasią była jeszcze Tatiana) próbują „pomagać” w gaworzeniu, nieświadomie układając usta w wypowiadane dźwięki. No i ten powszechny zachwyt i rozanielenie na twarzach słuchaczy…
Wspomnieć trzeba koniecznie o wręczeniu prezentów Martynie. Plecak do szkoły „w Didle” był strzałem w dziesiątkę. No i nowe ciuszki dla „New baby born”! Wszystko w związku z zaległymi urodzinami i Dniem Dziecka. Warto było.

Trochę spóźniony wpis, bo gdy zaczynam pisać jest już od pół godziny poniedziałak.
Kolejny dzień pełen atrakcji:
- o 11:30 wizyta u Żuczków
Zapakowaliśmy się w autko i pojechaliśmy zobaczyć, jak wygląda ciasto Kingi (nawet mogliśmy skosztować). Zosia pokazała się od jak najlepszej strony, tzn. rozmawiała z gospodarzami, uśmiechała się, a po karmieniu pobrudziła sobie całe ubranko. Od środka. Nie będę opisywał.
- 14:00 obiad u dziadków Dzw.
Kolejny raz, kiedy przekonujemy się, że rodzina wielopokoleniowa (przy zdrowych układach), musi byś świetną opcją. Mała cały czas pod czyjąś opieką, nie płacze, ma z kim pogaworzyć, zawsze pod bacznym okiem, czy aby czegoś jej nie brakuje.
- 18:00 koncert zespołu Olimpia
Czyli gra ciotka Paulina. Niestety – w pomieszczeniach Zamku, a nie na dziedzińcu. Niestety, bo z braku miejsca nie mieliśmy możliwości podziwiać części choreograficznej występów. Zosia nie spała. Popisy zespołu znosiła cierpliwie. Nie miała natomiast cierpliwości do pana konferansjera, który chyba pomylił występ zespołu szkolnego z … nie wiem czym. W czasie jego wywodów musiała być wynoszona z sali, bo głośno domagała się skrócenia męki i kontynuacji koncertu.

Po powrocie do domu i karmienu (przed 20) dostała małego ataku złego humoru, który przypisujemy nadmiarowi wrażeń, choć nie ma pewności, że to wspomnienie kiepskiego stylu konferansjerki.
Po kąpieli i kolejnym posiłku zapadła w błogi sen, który trwa do chwili obecnej, tj. godz. 01:00.


  • RSS