zosiek blog

Życie po porodzie ;)

Wpisy z okresu: 5.2005

Dzisiaj – w ramach zabiegania rodziców – gościliśmy Joachima.
Widać, jak z każdym spotkaniem maleje dystans między kuzynostwem. Joachim coraz mniej jest skrępowany nieporadną i niekomunikatywną jeszcze Zosią. Z drugiej strony – Zosia czyni postępy i zaczyna reagować na „zaczepki”, odpowiada na uśmiechy i „język z samych literek”.

Dziś wróciliśmy od dziadków G.
Było niespiesznie, spokojnie, skwarnie… Jak w środku lata.
W sobotę Zosia urządziła sobie drzemkę. Całodniową. Ku niezadowoleniu wszystkich tych, którzy mieli zamiar pogaworzyć, ponosić na rękach, pobawić się. Trudno. Mała spała. Kasia miała czas poczytać książkę. Ja dołączyłem pod koniec dnia.

Dzisiaj Zosia spała zdecydowanie mniej. Dzięki temu nawiązywała kontakt z kolejnymi członkami rodziny. Joachim – po przysłuchaniu się babci G. – rozpoczął konwersację z Zosią w specjalnym języku z „samych literek”. Maluch i „Kurdupl” rozumieli się całkiem nieźle. Trzeba bylo widzieć minę Joachima, gdy na jego brzuchu babcia położyła Zosię. Ta podniosła głowę i roześmiała się do kuzyna. Kuzyn był wyraźnie zakłopotany, nie więdząc, jak się zachować.

Co jest naszą specjalnością? Dłuuuugie weekendy, które czasem przeradzają się w tygodnie wolnego. Teraz trwa właśnie taki dłuuugi weekend. Czwartek wolny, piątek – robimy sobie wolny – i już cztery dni! Z takiej właśnie okazji zawiozłem Kasię i Zosię do dziadków G. W czwartek.
Dzisiaj – po kąpieli i położeniu spać – zostawiłem je i wróciłem do domu (czasami jednak muszę popracować), ale już jutro po południu ponownie do nich dołączę. W drodze do dziadków towarzyszyła nam również Ciotka Irena z Joaśkiem. Mała wyprawa się z tego wyjazdu zrobiła.
W drodze do dziadków Zosia pokazała, ile ma sił w płucach. Chyba było jej ciut zbyt gorąco. Joachim się wystraszył, a potem zatkał uszy. Było naprawdę głośno! Nie pomógł postój, ani – i to dziwne – jazda po bruku.

Pogoda dopisuje. Dziś było słońce, wiatr tylko rano, i jakieś 30 stopni ciepła. Potwornie gorąco. Mimo ciągłego pilnowania i zasłaniania małej pieluszką i tak ma zaczerwienioną skórę na nóżkach. My jesteśmy pięknie przysmażeni. Mam nadzieję, że obeszło się bez poparzeń.

Dodane 3-06-2005
Nie napisałem, ale Kasia przypomniała:
w czwartek, tj. 26-05-2005, Zosia pierwszy raz „spacerowała” w sukience. Może to odrobinę pociesznie wygląda, ale fakt jest faktem!

Czwartek i piątek Kasia z małą spędziły u dziadków Dzw. (ta łatwość wychodzenia na spacery…). Do południa wyjazd – wieczorem powrót.
Sobotę i niedzielę (łącznie z nocą) również spędziliśmy u dziadków. Okazją do pozostania na noc była 38 rocznica zatrudnienia dziadka w zakładzie pracy, w którym pracuje do dziś. Coś takiego trzeba było uczcić ożywczym sokiem z jabłek. Sok był rozcieńczany czymś, co znakomicie poprawia nastrój ;)

Zosia – godziny na dworze bardzo dodatnio wpłynęły na ilość snu i poprawę samopoczucia. Ale nie tylko to – wizyta u dziadków to okazja dla 2 do 4 par rąk więcej niż na codzień do noszenia i kołysania. A mała nie przepuszcza takich okazji. Potrafi bardzo umiejętnie zachęcić wolne w danej chwili „moce” do zajęcia się jej osobą. Nie przeszkadza jej to, że jesteśmy od niej ponad sto (w porywach do 360x) razy starsi. Ciekawe, czy prakseologia zajęłą się już tym tematem. I na co czeka, jeśli nie?

Zosia jest z nami dwa miesiące (nie licząc okresu ciąży). Bardzo dużo się w niej zmieniło przez ten króciutki czas. W zasadzie każdy dzień, tydzień przynosił coś nowego. Taki maluch rozwija się w tempie, które każe zwracać na wszystko uwagę, zapamiętywać, bo już się nie powtórzy, zaraz dalej pójdzie do przodu, nie czekając, aż nacieszymy się chwilą.
Pozwolę sobie zacytować (w przybliżeniu, na które pozwala moja pamięć) znajomą prof.: „Myślicie, że macie dziecko i (ono) jest Wasze? A figa! Figa! Nawet się nie obejrzycie jak urośnie i pójdzie z domu. I tyle będzie Wasze. Wam jest tylko _wypożyczone_. Nacieszcie się nim, póki je macie. Nic nie jest teraz ważniejsze: praca, pieniądze… Na to będzie jeszcze czas.”

Myślę, że – podobnie jak w Zosi – w nas również zachodzą pewne zmiany. Jakoś inaczej patrzy się na świat z perspektywy tych dwóch miesięcy, które wcale nie wydają się być dwoma miesiącami. Trochę tak, jakby zawsze była z nami, chociaż wiemy, że jest inaczej…

Dzień spokoju.
Przed południem zawiozłem Zosię z mamą do dziadków Dzw. Mamie udało się spacerować z Zosią przez ponad 2 godziny. Oczywiście w 2 kawałkach ;)
Zwyczajowo – u dziadków nasza pociecha jest „aniołem”.

Kolejny trudny dzień dla Zosi. Jak zwykle – wieczorem najciężej. Ale co tam – po jedenastej mała zasnęła…
Dzisiaj byli z dawna oczekiwani goście. Adam ze swoją Panią Anią. Daaaaawno go nie było – ostatni raz chyba w lutym. Też był z Panią. Chyba ją lubi…
Zosia została obdarowana kremowym (?) pajacykiem*. Za jakiś miesiąc powinien już być na nią dobry.
Przy okazji wizyty wyszło szydło z worka: gadamy jak nakręceni o małej. Nawet z pytania do gości o „co słychać” potrafimy przejść do „co słychać u Zosi”. Małe z nas potworki. I chyba jednak trochę gadamy o kupkach i kolkach… Znajomi – trzymajcie się i uzbrojcie w cierpliwość. To minie.

* – dla niewtajemniczonych – rodzaj ubranka, które łączy w sobie zarówno spodenki jak i koszulkę, zapinane na zemek lub guziczki

Dzisiaj Zosia odwiedziła:
- 11:00 – dermatologa
- 16:00 – ortopedę
Pierwszy w związku z wysypką na twarzy, druki – badanie kontrolne stawów biodrowych.
Pierwsze – pani, nie wychodząc zza biurka, zaleciła odpowiednią jej zdaniem kurację i uspokoiła, że wszystko jest w najlepszym porządku. Do widzenia!
Drugie – USG, bardzo ładnie rozwinięte stawy, pieluszkować do trzeciego miesiąca. Do widzenia!
Jeśli zapytać mnie dziś, jak w/g mnie działa służba zdrowia, to powiem: błyskawicznie!

Dzisiaj Zosia pierwszy raz płakała w czasie wizyty u lekarza (ortopedy). Zwykle łaskawie pozwalała się badać bez protestów. Cóż – drugi już dzień nie ma najlepszego humoru.

I jeszcze jedna ważna rzecz, o którą prosiła mnie Kasia: mała potrafi zająć się sobą nawet przez pół godziny! Leży w leżaczku, obserwuje zabawkę zwisającą z żyrandola i potrząsa nią za pomocą przywiązanej do rączki wstążki (już wspominałem, że to patent Ciotki Moniki?). Kasia jest przeszczęśliwa, bo może zrobić w tym czasie coś „dla siebie” (np. wyprasować Zosi śpioszki, albo wyprać śpioszki ;) ).

Wiadomość dnia: dzisiaj odebrałem w Urzędzie Miejskim PESEL i zameldowanie Zosi.

A Zosia miała naprawdę ciężki dzień. Wieczorem, po powrocie do domu, zastałem moje babeczki wymęczone. Mama zaraz pobiegła na solarium. Mała przez chwilę się zdrzemnęła, ale potem nie mogła już zasnąć, płakała. Oj! ciężki miała dzień. Ale z drugiej strony – słońce nie może świecić co dzień, prawda?

Dzisiaj jest Zofii.
Z tej okazji mała dostała od nas miśka pluszowego w kolorze jasny brąz. A od dziadków Dzw. – sukienkę. Cytując mamę: prześliczną.
Dzisiejszy dzień był dla Zosi pełen niespodzianek. Z małym poślizgiem dotarliśmy na odbywający się na Zamku „Koncert południowy” – koncert w wykonaniu polsko-niemieckiej orkiestry „Pomerania”. Ciotka Paulina gra w niej na trąbce. Zosia – jak należało oczekiwać – przespała cały koncert, za wyjątkiem oklasków (niestety nie dla niej) i fragmentu z Carmen Bizeta, w którym ktoś uparcie „tłukł w talerze”.
Potem – z przerwą na karmienie – zwiedziła wystawę obrazów Jacka Malczewskiego. Widzieliśmy już ją kiedyś z Kasią w Krakowie. Cudna rzecz…
Po nakarmieniu oczu i uszu pojechaliśmy do dziadków Dzw. nakarmić… brzuchy. Było przepysznie. Ciotka Monika podała deser – kawa z lodami. Pycha!
Po nasyceniu się na tak wiele sposobów pozwoliliśmy sobie na jeszcze jeden luksus tego dnia – Zosia została z dziadkami, a my (z Moniką) – NA ZAKUPY!!! Też się udały (przynajmniej w moim wypadku). Tyle miłych sytuacji jednego dnia nas spotkało. Może to z okazji imienin córka miała taki wspaniały humor? Nie wiem, wiem natomiast, że dziś była – jak to się mówi – „do rany przyłóż”. I nie zmąci tej radości żaden płacz w czasie jazdy autem czy przed snem. To już był drobiazg.


  • RSS