zosiek blog

Życie po porodzie ;)

Wpisy z okresu: 3.2005

Środa – a więc Zosia już tydzień mieszka z nami. Tydzień to niezbyt wiele, ale patrząc z punktu widzenia osoby, która ma 0 lat, 0 miesięcy i 9 dni – to około 78% czasu spędzonego na oddychaniu powietrzem atmosferycznym.

Do ludzi nie są dodawane instrukcje obsługi, więc metodą prób i błędów uczymy się Zosi – a Zosia nas. Wiemy już mniej więcej, co oznacza jakie postękiwanie, kwilenie, kiedy poklepać po plecach, położyć na brzuchu, pomóc, żeby się odbiło… Sporo tego, ale w związku z wzajemnym poznawaniem sytuacja i zwyczaje zdają się stabilizować.

Wśród zdarzeń mijających 2 dni wspomnieć można wczorajszą wizytę pani położnej. Ma krechę. Naszą Zosię nazwała „kluseczką”. Piernik jeden ;) (właściwie to chyba piernica?). Poza tym udzieliła kilka przydatnych rad dotyczących pielęgnacji, więc tak bardzo nie jesteśmy obrażeni.
Dzisiaj z kolei dumny (i blady :) tato odebrał odpis aktu urodzenia – to pierwsze „urzędowe dokumenty” Zofii Anny. Mamy to na papierze, podpisane i przyklepane. Jesteśmy rodzicami.

Sobota
Wizyta dziadków G. Babcia – mimo protestów malucha – tarmosi go niemiłosiernie. (…tutaj nastąpiła 24 godzinna przerwa w pisaniu – trzeba było zająć się małą…) Kończy się na rozdrażnieniu. Siekiery wiszą w powietrzu, łzy są bliskie. Nie wszyscy je widzą…
Zosia zasypia z problemami, w złym nastroju. Obiecaliśmy sobie po całym zajściu, że TO się nie powtórzy.

Niedziela
Świąteczne śniadanie u Ireny i Artura. Zosia poznaje H.A.R. Stol. No – prawie, bo śpi niemal przez cały czas.
Są jeszcze G. i Dzw. w komplecie.
Wizyta przeciagna się do wieczora.
Za dużo ludzi, dzwięków i zainteresowania, jak na tak małego berbecia. Po powrocie do domu, w związku z problemami z zaśniciem, nie byliśmy pewni, czy program na dzień następny zostanie zrealizowany.

Poniedziałek
Do Dzw. udało nam się dotrzeć na czwartą po południu. Czekał nas tam ten sam squad (z wyłączeniem H.A.R. Stol.) co w niedzielę.
Zosia nie raczyła nikogo swoją uwagą – przespała w zasadzie całą wizytę.
Miło było popatrzeć na „rozpływających się” z radości dziadków. Podobny objaw „wosku w rękch” występował u wszystkich obecnych tam moich szwagrów i szwagierek (z naciskiem na te drugie) – może niebawem rodzina się ponownie powiększy (z naciskiem na tego pierwszego)…? Oby. Trzeba Zosi rówieśników w rodzinie… (Czytasz Siorka – to też do Ciebie – znowu jestem mądry, co….).

Zosia MUSI JEŚĆ. Często.
Po powrocie z pracy zakasałem rękawy i zabrałem się za obieranie ziemniaków i przygotowanie obiadu. Kasia była tak zaabsorbowana małą, że przez cały dzień nie miała czasu na przygotowanie sobie czegoś do jedzenia. Cała szczęście, że był rosół przywieziony przez Babcię Helę. Bez niego moja babeczka by „uświerkła”.
Zosia nabiera sił, co najlepiej _słychać_.
Jeśli coś nie idzie po jej myśli – podnosi larum. Mała terrorystka.
Dzisiaj mała przeszła pierwszą domową kąpiel. Ku naszemu zaskoczeniu: ciało zanurzone w wodzie traci na … głośności. Zato: ciało wyjęte z wody – nadrabia chwile ciszy. I to w szybkim tempie.

Dzień minął. Mama z Zosią zapadły w sen. Pora na kilka słów.
Dzisiaj (prawie sam :) odpadł „pępek” – czyli plastikowy zacisk nakładany na pępowinę po urodzeniu.
Mała wykazuje się niezwykłym apetytem. Co godzinę – trzydzieści minut domaga się karmienia. Nie ma przebacz – dawać mleko, albo będę wrzeszczała. A to już potrafi – głośno i skutecznie domaga się o swoje.
Z każdą godziną Kasia coraz lepiej rozumie pokrzykiwania, pokwękiwania i pojękiwania Zosi. Początki są trudne i frustrujące dla mamy, ale wszystko zmierza w dobrym kierunku. Zosia stara się jak może, aby doedukować mamę we wszystkich niuansach związanych z jej potrzebami.
Właśnie przerwał mi pisanie donośny krzyk Zosi – a jest już 0:05 w piątek. Maluch upomina się o swoje. I chyba ma rację – sami go zaprosiliśmy….

Z doniesień Ciotki Moniki wynika, że dziś Zosia została oficjalnie uznana za słuchacza Programu 3 Polskiego Radia – ok. 9-tej rano Monika wysłała do Trójki zdjęcie Zosi , wraz z pozdrowieniami – na antenie wiadomość została odczytana. Wyminiono uprzejmości. Czyli – pierwszy oficjalny, ogólnopolski występ Zosi. Oby tak dalej. Rodzice trzymają kciuki ;)
Zosia wykazuje się nadzwyczajną cierpliwością i opanowaniem. Ze stoickim spokojem znosi badania, zastrzyki, przewożenie autem do domu…
A właśnie – już jest w domu.
Po opakowaniu jej w kilka warstw ubrań, posadowieniu w foteliku i przebyciu drogi Pomorzany-Niebuszewo – JEST!
Fantastyczna sprawa taka Zosia w domu… Jest. Po prostu jest.
Jak ktoś ma swoje – to wie. Jak nie ma – to …. niech się postara.
Mądrala ze mnie…

Nowoprzybyłą odwiedzili: wspominana już Ciotka Monika oraz Ciotka Irena z synem Joachimem, który odrobinę zadziwiony był niewielkością swojej kuzynki. Jak udało nam się doliczyć (mi i Joachimowi) – nauka jazdy na rowerze, której to ma zostać poddana Zosia – nie odbędzie się prędzej niż za 4 lata. Kupa czasu. Trzymamy kciuki za Joachima – żeby się nie niecierpliwił.

Teraz obydwie Panie śpią. Nakarmione, umyte, szczęśliwe.
Dobranoc.

Obydwie babeczki czują się dobrze.
Zosia – jakby udowadniając, czyją jest córką (dla tych niezorientowanych – moją ;), dała nocny koncert. Usnęła dopiero po 2-giej w nocy. A w dzień – nie wzruszają jej wizyty gości, odgłosy na sali szpitalnej, przebieranie czy nawet próby umyślnego zbudzenia na karmienie. Dać mi spokój, teraz śpię!!! Oby tak nie zostało, bo marny będzie nasz (rodziców) żywot. Sąsiadów – którzy również na nocnych hałasach ucierpią – jakoś tak mniej mi żal :)
Kasia. Szczęśliwa mama przytulająca swego szkraba. To warto zobaczyć. Wraca do siebie po porodzie.
Już jutro przywiozę obie do domu. Do jutra!

Od 16:00 Zosia miała okazję poznać znaczą część rodziny: dziadków z obydwu stron oraz ciotki Dzw. Dzięki poczcie elektronicznej fotki malucha dotarły do skomputeryzowanej części rodziny. Na dysku jest już cała kolekcja zdjęć. Trzeba pomyśleć o jakimś albumie – ale to rano. Teraz trzeba się wyspać po nocy i dniu pełnym wrażeń.

O godz. 6:35 dnia 21 marca 2005, z początkiem tygodnia i wiosny, przyszła na świat Zosia (parametry: waga: 3680 g; długość: 56 cm; płeć: jest).
No – nie tak hop – i już!
Kasia dzielnie o to walczyła. Bój rozpoczął się już w niedzielę około godziny 18:00. W pełni spokoju i optymizmu zameldowaliśmy się na izbie przyjęć, by po 2 godzinach rozgościć się w sali porodowej. Zakładaliśmy, że jeszcze 2-3 godziny – i Zosia będzie z nami. Nic bardziej mylnego. To była dłuuuga noc. Noc pod znakiem powolnych, głębokich oddechów, walki ze zmęczeniem, sennością i bólem. (Ale co ja – Kasia to lepiej opisze, gdy wróci ze szpitala.)
Wszysko wynagrodził nam (rudowłosy – na perwszy rzut oka) szrab, który po położeniu na brzuchu mamy rozpoczął z zacięciem poszukiwanie pełnej mleka, ciepłej piersi. Poszukiwania zwieńczone sukcesem :)
I ja tam byłem… No – nie piłem…


  • RSS